POŻEGNANIE Z ARKTYKĄ

 

z Fort Ross /Cieśnina Bellota / do Nuuk /Grenlandia/

Dzisiaj, kiedy piszę te słowa, jesteśmy już w drodze na południowy cypel Grenlandii. Za nami, nie tylko opisywana przeze mnie i przez Jurka Kuśmidra Cieśnina Bellota , ale także wizyta u jej wschodniego wejścia w Forcie Rossa , arktyczna osada Pond Inlet na wschodnim wybrzeżu wyspy Beylot, przejście koła polarnego , a na koniec odwiedziny w stolicy Grenlandii – Nuuk. Aby pokonać taką trasę spędziliśmy w morzu i częściowo w portach całe 10 dób. Biorąc pod uwagę odległość 1160 Mm, które w tym czasie przepłynęliśmy ,mamy bardzo dobre tempo żeglugi,z drugiej jednak strony chroniczny niedosyt lądu. Cierpimy szczególnie ja z Józkiem, którzy w naturze mamy ciekawość świata , a żegluga jest dla nas jedynie środkiem, a nie celem samym w sobie. Taki „rozkład jazdy” zawdzięczamy niestety zachodzącym na siebie układom pogodowym, wymuszającym żeglugę w określonym przedziale czasowym. Ponieważ bezpieczeństwo najważniejsze ,a przed nami jeszcze szmat drogi do domu Rysiek mimo szczerych chęci postania dłużej w portach – ograniczał postoje aby wkleić się w sprzyjające nam okna pogodowe. Muszę przyznać,że udaje mu się to całkiem dobrze. Dzięki temu skutecznie,bezpiecznie i co by nie mówić bez żadnych kłopotów i niespodzianek pożegnaliśmy Arktykę.

Napisałem pożegnaliśmy, ale tak naprawdę mamy ją cały czas w pamięci i mieć z pewnością będziemy .Nie bez powodu. Odwiedzone przez nas miejsca „pachniały” historią , zaskakiwały splotem wydarzeń ,a natura nie szczędziła projekcji, których nigdzie indziej zobaczyć nie można. Właśnie dlatego pozwolę sobie na mały skrót tych wydarzeń.

Kiedy dopłynęliśmy do Fortu Rossa byliśmy jak pisałem i dumni i szczęśliwi. Radość była jeszcze większa , kiedy na kotwicowisku spotkaliśmy norweski holownik „Tandberg Polar”z platformą wypornościową , a po kilku minutach przy naszej burcie zameldowała się 2 osobowa ekipa gratulująca pokonania najtrudniejszego odcinka NWP. Spragnieni postoju, a przy tym „uroczystej kolacji”szybko nawiązaliśmy kontakt i impreza rozkręciła się całkiem dobrze. Jeszcze ciekawiej się zrobiło , kiedy Norwegowie zdradzili przyczynę swojej obecności w tych stronach. Okazało się, że mieliśmy niebywałe szczęście poznać ekipę realizująca projekt powrotu historycznego statku kapitana Roalda Amundsena „Maud” z Cambridge Bay w kanadyjskiej Arktyce do Oslo w Norwegii . Operacja czy też projekt pod nazwą „MAUD RETURNS HOME” z budżetem ponad 5 mln dolarów/dane od Norwegów/ właśnie jest w toku i jak zapewniali goście doprowadzi do wydobycia z dna w Cambridge Bay wprawdzie szczątków ale zawsze ,kultowego dla Norwegów arktycznego statku ,przetransportowanie oraz umieszczenie go w specjalnie zaprojektowanym super nowoczesnym muzeum na wodzie. Wszystko ma się zakończyć w 2017 roku. Życzymy im tego z całego serca, bo Norwegowie potrafią robić dobre muzea jak choćby muzeum KON TIKI w Oslo czy muzeum polarnictwa w Tromso. Kto nie był – polecam.

Dużo by pisać o historii statku i wyprawach kapitana Roalda Amundsena , pierwszego zdobywcy Northwest Passage na co nie mam niestety teraz miejsca, ale z pewnością warto podkreślić ,że był on postacią o wyjątkowej charyzmie za życia i pozostał w pamięci nie tylko rodaków, ale przede wszystkim Innuitów jako niekwestionowany autorytet w dziedzinie poznawania Arktyki.

Impreza była na tyle dobra, że w ramach rewanżu, Norwegowie zaproponowali podwiezienie nas swoim RIB-em /łódź z pompowanymi burtami/ na wycieczkę do Fort Ross. Ucieszyliśmy się, bo nasz ponton nie jest obecnie w formie i w miejsce jednego z zaworów ma w tej chwili drewniany kołek , który raz już wypadł. Desant w dwóch turach udał się znakomicie, dzięki czemu cała załoga mogła osobiście odwiedzić to kultowe miejsce. Zawdzięcza ono swą sławę kompanii handlowej Hudson Bay założonej już w 1670 roku, a posiadającej w Forcie Ross swoją arktyczna placówkę . Obecnie w jednym z dwóch ocalałych jeszcze budynków znajduje się prawdziwe traperskie schronisko ,drugi natomiast zrujnowany straszy pustką i wiejącym w okiennicach wiatrem. Dla przybywających tu żeglarzy obowiązkowym punktem wyprawy jest odwiedzenie czynnego jeszcze i odpowiednio wyposażonego domku traperskiego oraz wpisanie się do pamiątkowej księgi gości. Właśnie ta księga prowadzona nieprzerwanie od początków zdobycia NWP ,a może jeszcze wcześniej jest częścią prawdziwej historii podboju Arktyki i jak pisałem we wstępie naprawdę” pachnie” historią .Obecnie jak się dowiedziałem oryginał został przewieziony do muzeum ,a jego miejsce zastąpiła nowa księga w której i my dokonaliśmy historycznego wpisu. Mimo,że dotarcie tutaj wcale nie jest takie proste, wpisów w nowej księdze jest już stosunkowo dużo. Zawdzięczać to możemy firmom turystycznym organizującym rejsy przez NWP na komfortowych wycieczkowcach dowożących turystów pontonami w najbardziej ciekawe miejsca. Poza księgą gości , załogi jachtów zaznaczają swoją bytność wpisami i rysunkami na ścianach schroniska. Pośród dziesiątek różnych wpisów znaleźliśmy także ślady jachtów „Stary” i „Nekton” ,które pod polską banderą pokonały NWP przed nami. Wiemy ,że NWP przechodziły także inne nasze jachty ”Solanus” i” Vagabound Eux”- niemniej szły jak się domyślamy Cieśniną Lancastera stąd prawdopodobnie brak ich wpisów. Szukając znajomych nie przeoczyliśmy polskiej załogi na jachcie Katharsis II z roku 2012.

Zwiedzając traperską bazę zwróciłem uwagę na pozostawioną tam żywność i sprzęty pozwalające przetrwać nawet w najcięższych warunkach. Trudno jednoznacznie stwierdzić czy myśliwi bądź przepływający tędy żeglarze rzeczywiście z niej korzystają, ale sądząc po stanie i wyposażeniu ktoś na pewno tutaj bywa. Znając jeszcze z Norwegii zwyczaj ,że odwiedzając traperskie chaty możesz skorzystać jedynie z połowy zastanej żywności ,a wyjeżdżając powinieneś narąbać drwa albo zostawić coś dla następnych – kapitan wydał z jachtowych zapasów porządną butelkę wódki i opatrzył własnoręcznie napisanymi życzeniami. Mam nadzieję ,że szczęśliwiec który będzie w potrzebie doceni i jakość i ilość tej swoistej „promocji”. My ,nagrodzeni przez naturę piękną pogodą, chodziliśmy po bazie dumni ,że tu dotarliśmy i rozglądając się za polarnym niedźwiedziem robiliśmy zdjęcia. Będzie na nich można zobaczyć ,poza wspaniałymi widokami, między innymi prymitywne ale skuteczne zabezpieczenie wejścia przed niedźwiedziami, starą mosiężną nitowaną beczkę sprzed 100 lat pozostawioną na zewnątrz w idealnym stanie, oraz zdewastowane ale dla wprawnego oka okazałe i stylowe umeblowanie w zrujnowanym budynku. Po krótkiej wycieczce na pobliskie wzgórza i serii naprawdę udanych zdjęć, wizyta w Forcie Rossa dobiegła końca ,a my dzięki uprzejmości Norwegów sprawnie dostaliśmy się na jacht.

Tam już tylko krótki klar do odejścia,ostatnie pożegnania i po podniesieniu kotwicy ruszyliśmy w drogę. Kurs Pond Inlet.

Żegnając się z Cieśniną Bellota sądziliśmy, że pola lodowe w poważniejszym wydaniu powinniśmy mieć już z głowy.

Początkowo nawet tak wyglądało, niemniej natura chciała inaczej. Niewiele więcej niż po 12 godzinach żeglugi ponownie mieliśmy się spotkać z prawdziwie arktycznymi widokami. Szerokie jak okiem sięgnąć pola lodowe napotkaliśmy przed południem następnego dnia. Nie były to jak poprzednio zwarte i zbite płaszczyzny ale luźno połączone mniejsze i większe placki lodu. Nie było więc strachu ani problemów z ich pokonaniem. Były za to przepiękne widoki i wspaniałe pejzaże cieszące oko nawet najbardziej wybrednego obserwatora. Dla pewności „Andriusza „, nasz najlepszy specjalista od robót wysokościowych wszedł na maszt ,sprawdził zalodzenie na dalszym dystansie i określił najlepszy kierunek. Ruszyliśmy z kopyta. Ile mieliśmy szczęścia i prawdziwej satysfakcji z żeglugi może Wam powiedzieć Józek, który zachwycony projekcjami natury i lubiący sterować, napawał się tymi doznaniami przez cztery godziny wachty. Dzięki takiej pogodzie nie tylko nacieszyliśmy oko, ale w dużym stopniu poprawiliśmy umiejętności manewrowania jachtem na silniku. Przydało się to już na nocnej wachcie kiedy w dalszym ciągu kluczyliśmy pomiędzy lodowym dominem, a widoczność jak to w nocy była ograniczona.

Trasa do Pond Inlet nie była długa .Przejście z Fortu Rossa trwało niespełna trzy dni i należało do najbardziej interesujących pod względem widoków i żeglugi. Zbliżając się do Pond Inlet weszliśmy w cieśniny w których mieliśmy okazję mijać niespotykane wcześniej, prawdziwie duże góry lodowe. Niecodzienna sceneria gdzie tłem dla lodowych olbrzymów były ciemne zbocza wybrzeży , a dodatkowo z górskich przełęczy spływały do morza jęzory biało-srebrnych lodowców, czyniła ten odcinek mistycznym. Jak się okazało nie tylko dla nas. Niecałe 20Mm od naszego celu , spotkaliśmy na tej wyjątkowo widokowej trasie statek pasażerski, jeden z tych , które oferują swoim klientom za grube pieniądze „ekstremalne przeżycia” w komfortowych warunkach. My wolimy mimo wszystko jacht.

Na kotwicowisku w Pond Inlet zameldowaliśmy się wcześnie rano na zakończenie naszej z Józkiem wachty.” Po cichu, na palcach w rytm znanego walca …”.rzuciliśmy kotwicę i poszliśmy spać. Nie na długo wprawdzie ,ale zawsze. Kto nie był na jachcie tego nie zna, kto bywał wie ,że snu nigdy na morzu za wiele. Tym razem już ok.9.00 było śniadanie, a po nim upragnione zejście na ląd. Oczywiście nie dosłownie bo w oparciu o przygotowany uprzednio ponton. W dwóch ratach na lądzie wylądowali obaj Jurkowie ,Józek i ja. Jak się miało później okazać nie tylko ta czwórka chciała oglądać ostatnią na trasie NWP arktyczną osadę. Na lądzie zameldowali się i kapitan i Lechu Na jachcie pozostał na wachcie kotwicznej jedynie Andrzej. Wprawdzie czasu mieliśmy tylko ok. 6 godzin bo powrót na pokład został zarządzony na 16.00 ale i tak udało nam się jak zwykle z Józkiem odwiedzić wiele interesujących miejsc.

Pond Inlet liczące 1600 mieszkańców zaskoczyło nas porządkiem,rozmachem inwestycyjnym ,oraz wyższym poziomem życia mieszkańców w stosunku do wcześniej odwiedzonych przez nas arktycznych portów. Wiadomo dlaczego. Kluczem jest łatwiejsze połączenie z cywilizacją. Potwierdziła to szefowa miejscowego hotelu zagadnięta na temat pracujących w Pond Inlet przyjezdnych. Niestety w czasie naszego pobytu nikogo poza nami z Polski nie było.

Z całej społeczności ok 8% to przyjezdni zatrudnieni najczęściej na kontraktach w urzędach,szkołach i przedsiębiorstwach budowlanych. Mieliśmy okazję się z nimi spotkać zarówno w szkołach,szpitalu, bibliotece czy centrum kultury do których z zaciekawieniem zaglądaliśmy. Chętnie dzielili się informacjami i potwierdzali znaną nam już wcześniej prawdę,że obok miłości do natury ważna rolę w podjęciu pracy w takim miejscu grają pieniądze. Muszą być na tyle duże ,że nikt z rozmówców nie myślał o szybkim powrocie ,a raczej o tym czy przedłużą mu kontrakt. Większość budynków użyteczności publicznej prezentuje nie tylko ciekawą formę architektoniczną ale i pracuje na wysokim poziomie często nawet przewyższającym standardy europejskie. Zainteresowani rozmachem przedsięwzięć pytaliśmy o powód. Okazało się,że budowa tak dużej infrastruktury kulturalno-oświatowej i sportowej związana jest z długim okresem zimy arktycznej podczas której, ze względu na panującą ciemność przez całe dni ,a nawet tygodnie ludzie nie opuszczają domostw i osady. Właśnie wtedy korzystają z dużej i świetnie wyposażonej hali sportowej , profesjonalnego lodowiska do hokeja ,sal gimnastycznych,treningowych ,sal teatralnych bądź biblioteki w centrum kultury. Patrząc na te obiekty trochę zazdrosnym okiem uznaliśmy z Józkiem że ,w sumie i tak byśmy się z nimi nie zamienili. Mimo,że Pond Inlet to nie metropolia to i tak nie udało nam się zaglądnąć do wielu miejsc które nas interesowały. Z wielu przeprowadzonych rozmów nie tylko tu ale wcześniej w kanadyjskiej Arktyce narysował się nam w wyobraźni dość wyraźny obraz współczesnej Arktyki jej mieszkańców i ich problemów. Tak jak pisałem wcześniej, zasługuje to na osobny blog, który mam nadzieję zdążę napisać w trakcie przelotu po nudnym ale niebezpiecznym północnym Atlantyku.

Godzina wypłynięcia się zbliżała ,a jak wiadomo czas innych trzeba szanować. Zgodnie z planem o 16.00 kotwica w górę i w promieniach zachodzącego słońca żegnamy Pond Inlet. Oglądając się za siebie ,żegnaliśmy ostatni arktyczny port, zamykający również w niektórych klasyfikacjach przejście Northwest Passage. Moglibyśmy zatem być szczęśliwi ,że to już koniec ale nic z tego .Wiedziony rożnymi klasyfikacjami i opiniami ekspertów,Jurek Kuśmider nie dawał za wygraną i „prawdziwy”koniec NWP wyznaczył po przecięciu koła polarnego na szerokości północnej 66stopni i 33 minut. Zgodnie z tą konwencją pokonanie NWP zalicza się od koła podbiegunowego na Pacyfiku do kręgu polarnego na Atlantyku. Dla nas pokonanie tych kilkuset mil było tylko kwestią czasu i tak po pięciu dniach żeglugi i nawinięciu na log/pokonaniu odległości w morzu/ 625Mm 7 września 2014 roku o godzinie 02.28 przekroczyliśmy magiczny krąg polarny zamykając historię pierwszego pokonania NWP przez załogę jachtu Lady Dana 44.

Jak zwykle nie obyło się bez toastów ,wystrzałów i gratulacji ,ale to już taka nasza tradycja. Jurek Kuśmider mimo,że po wachcie ,wstał jak skowronek i butelką szampana zrobił niespodziankę reszcie załogi. Było miło,podniośle i po żeglarsku. Dla Jurka ten moment rozpoczynał początek końca jego rejsu, bowiem do Nuuk na Grenlandii ,gdzie zamierzał wysiąść, pozostało już tylko kilka dni żeglugi. My natomiast, spoglądaliśmy na kapitana z nadzieją, że skoro wcześniej zrezygnowaliśmy z odwiedzenia Illuiset na zachodnim brzegu Grenlandii ,co byłoby dla załogi nie małą atrakcją turystyczną, to wynagrodzimy to sobie w jej stolicy – Nuuk. Czekając na port i postój powoli przygotowywaliśmy się do okazjonalnej imprezy ,zwiedzania miasta ,że nie wspomnę o praniu, internecie, barze i innych urokach miasta. Nawet Jurek, który za chwilę miał wysiadać cieszył się ,że będziemy mieli w porcie trochę czasu bo samolot miał za kilka dni , a w porcie czekał na nas umówiony przez niego przedstawiciel tamtejszej Polonii -Zbyszek.

Czym się w sumie skończyło, nie będę pisał szczegółowo bo jeszcze teraz przechodzą mnie dreszcze ,niemniej ujmując sytuację w lapidarnym skrócie„Cały nasz misterny plan poszedł w………..”

Kiedy po dojściu do portu i zacumowaniu przybył na pokład umówiony wcześniej Zbyszek, jeszcze się wydawało, że spędzimy z nim przynajmniej super wieczór, jednak po sprawdzeniu przez Ryśka najświeższego GRIBA /graficzna prognoza pogody/ okazało się ,że przed nami same niże i to takie po 35-50 węzłów ,a więc jeśli chcemy przed nimi uciec to trzeba płynąć od razu. Nie muszę Wam mówić jakie mieliśmy miny i jak bardzo nam to pasowało. Ale cóż. GRIB jeszcze nas nie zawiódł ,a bezpieczna żegluga przede wszystkim. ,Można by zostać, ale wówczas czekać by trzeba było minimum 3-4 dni na jakieś okienko i skokami do przodu zjeżdżać na południe. Po naradzie,która z powodów oczywistych była tylko formalnością , zgodziliśmy się z kapitanem ,że trzeba płynąć dalej. Najmniej szczęśliwy z tego powodu był nie kto inny ale Rysiek, który zmuszony okolicznościami i pogodą musiał podejmować tak niepopularne decyzje. Znając go wiele lat wiem,że tak jak i my postałby w porcie dużo dłużej niż myślicie.

Na pocieszenie dostaliśmy 3 godziny na zobaczenie miasta i zlecenie na zrobienie zakupów. Zgodnie z tym dzięki pomocy Zbyszka i jego kolegi Mirka, także Polaka pracującego w Nuuk na budowach,a posiadającego samochód załatwiliśmy ekspresowo zakupy i po dostarczeniu towarów najpilniejszej potrzeby, ruszyliśmy na miasto. Ciekaw jestem czy zgadniecie z kim ruszyłem na kolejne zwiedzanie. Oczywiście,że z Józkiem,który w Nuuk już był i to cztery dni,a teraz służył mi za osobistego przewodnika. Nie trzeba chyba o tym pisać ,że w trzy godziny nie można dobrze zwiedzić miasta,ale jak to mówią „Dla chcącego nic trudnego”.Chociaż większość instytucji i muzeów była już zamknięta przeszliśmy na piechotę główne ulice i w deszczu bo i pogoda zastrajkowała, zrobiłem jedyne pamiątkowe zdjęcia z Grenlandii.

Po powrocie na jacht ostatnie pożegnanie z Jurkiem, który spędził z nami w morzu ostatnie półtora miesiąca i trochę się zżyliśmy, kawa ciastka ,pogawędka ze Zbyszkiem o jego pracy w charakterze radiologa w tutejszym szpitalu i jak to mówią „Komu w drogę temu czas” .Ale to już następna historia .

Daniel Michalski.

 

Jedna odpowiedź na “POŻEGNANIE Z ARKTYKĄ

  1. Ryszardzie, Dzielna Załogo!
    Nie ukrywam, że mam „gulę” w gardle ze wzruszenia czytając, wasze posty. GRATULUJĘ. Zazdroszczę. Tak sobie zadaję pytanie co jeszcze zostało do opłynięcia na naszej Ziemi?
    Gratuluję Ci realizacji planu.
    Płynę teraz OCEANIĄ po Bałtyku, badając różne mądre parametry.
    Do zobaczenia

    Maciek Zaraziński
    Kapitan r/v OCEANIA

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s