Nie dla nas sznur samochodów …

czyli od Tuktoyaktuk do Gjoa Haven

Żegluga w Arktyce to nie bułka z masłem i każdy kto się tam wybiera , wiedzieć o tym powinien.

My także. Przygotowując się do wyprawy wiedzieliśmy oczywiście, że łatwo nie będzie i braliśmy pod uwagę różne scenariusze, jednak mimo wszystko, liczyliśmy w głębi serca, że morze będzie łaskawsze, a odpoczynek po ciężkiej żegludze znajdziemy w odwiedzanych portach. Niestety było inaczej. Zarówno w Tuktoyaktuk do którego dobrnęliśmy po 11 dniowej nieprzerwanej żegludze pod wiatr i prąd jak i Cambridge Bay odwiedzonym po następnych 6 dobach w morzu nie stały się dla nas portami wypoczynku i oddechu ,a jedynie miejscem tankowania i uzupełnienia zapasów. Wprawdzie nie liczyliśmy na jakieś specjalnie długie postoje w tych miejscach, ale chcieliśmy je dokładniej zwiedzić ,spotkać się z miejscowymi i ogólnie nabrać sił. Niestety tak się nie stało. Nie było to bynajmniej wcześniej zamierzone, bo żeglugę traktujemy nie jako cel sam w sobie , ale jako formę poznawania świata i ludzi. Dlaczego zatem tym razem tak nie było.

Odpowiedź jest prosta – to Arktyka .

Każdy kto chce się w niej sprawnie poruszać, musi brać pod uwagę przede wszystkim pogodę i jej następstwa. Trafne czytanie map pogodowych ,map lodowych i umiejętność policzenia możliwej do zrobienia trasy jest kluczem do bezpiecznej i skutecznej żeglugi. Przewidywanie rozwoju pogody na następne dni, skutków wiatru i prądu dla zalodzenia i możliwej do zrobienia trasy statku, jachtu, lub łodzi jest podstawowym zajęciem każdego kapitana prowadzącego jednostkę na tych wodach i to bez względu na jej wielkość. Potęga natury jest tak duża, że respekt do niej mają wszyscy z miejscowymi włącznie.

Właśnie dlatego ,nie staliśmy w portach dłużej niż jedną noc i do niezbędnego minimum, skracaliśmy postoje w skądinąd interesujących nas miejscach. Sprzyjająca cyrkulacja pogody pozwalająca na skuteczna żeglugę w wybranym kierunku jest bowiem w Arktyce ważniejsza od często długo oczekiwanych atrakcji turystycznych dla których się w te rejony płynie.

Powiedzenie arktycznych kapitanów :”Jeśli tylko możesz płynąć ,to płyń bo jutro może być to niemożliwe” wziął sobie do serca także nasz kapitan. Po analizie nadchodzących wiatrów ,a przede wszystkim zalodzenia trasy, którą powinniśmy pokonać w określonym czasie, Rysiek postanowił nie zwlekać z żeglugą i napierać do przodu. Podjęciu takiej decyzji sprzyjały również utrudnienia postoju zarówno w Tuktoyaktuk jak i w Cambridge Bay. W obu tych portach postój przy portowej kei był ograniczony ,a przyjęcie przez miejscowych powiedzmy sobie szczerze – bez rewelacji.

Mimo, że do tych arktycznych osad dociera naprawdę mało ludzi ,a jachty przybywające tu w sezonie nawigacyjnym można policzyć na palcach jednej ręki, nikt specjalnie się nami nie zainteresował poza miejscową policją. Wiedząc co nieco o tych kultowych portach z książek żeglarskich ,liczyliśmy na lepsze przyjęcie i możliwość ich zwiedzenia ,a tu przysłowiowa kicha

Zarówno w Tuktoyaktuk jak i Cambridge Bay były problemy z wygodnym postojem. W pierwszym porcie było zbyt płytko i był pływ więc staliśmy na kotwicy rufą do prowizorycznej kei ,a w drugim z kolei nie pozwolili nam stać przy nabrzeżu z powodu jakiegoś zjazdu kanadyjskich służb specjalnych. Nie pyszni odeszliśmy w morze po 3 godzinnym postoju bez kąpieli, ”panienek” i baru. Dobrze przynajmniej, że dali nam zatankować z nabrzeża ,ale i tak musieliśmy się spieszyć bo zaczynał się weekend i „stację” zamykali do poniedziałku. Tu spieszę donieść, że jeśli myślicie, że jest tam normalna keja, dystrybutor i w trakcie tankowania dopompują wam w gratisiku odbijacze – to jesteście w błędzie. Do dystrybutora od kei ,w Tuktoyaktuk było 300 m, a w Cambridge Bay ok.80 m i potrzebne nam 700 litrów paliwa na każde tankowanie, trzeba było najpierw nalać do przywiezionych przez nas 30 litrowych kanistrów, a potem najszybciej jak to możliwe przenieść i przelać do zbiorników jachtowych. Żeby się z tym uporać potrzebna była i organizacja i sprzęt. Organizację tankowania wziął na siebie „Długi” i jak to się mówi dał radę. Sprzęt w postaci kanistrów zapewnił natomiast armator i też dał radę. Ale co byśmy zrobili gdyby nie mój ponad 20 letni wózek transportowy, który Lechu z kapitanem chcieli w Vancouver zamienić na złomowisku na 2 piwa..Niemiecka jakość ,prostota i funkcjonalność wytrzymała próbę czasu i choć skorodowany i bez jednej półośki – także dał radę .Dzięki mojemu pojazdowi obyło się w załodze bez przepukliny i jak zapewnił po akcji kapitan ,wózek Pana Danka pozostanie na wyposażeniu „Pani Danki „do emerytury.

O Tuktoyaktuk i Cambridge Bay nie będę dużo pisał bowiem informacje o nich można znaleźć w internecie, a sami niedużo widzieliśmy. Wspomnę tylko, że są to porty w dawnych eskimoskich osadach /obecnie nazywanych Innuickimi/ ,które do dzisiaj zamieszkują w większości tubylcy ,niemniej w zgoła innych niż wcześniej warunkach. Właśnie owe warunki, sposób ich wykorzystania jak i konsekwencje zmian cywilizacyjnych interesowały nas najbardziej. No cóż, nie było nam to dane.

Mimo, że z kronikarskiego obowiązku przelecieliśmy się po tych osadach dokumentując co się dało na zdjęciach, to tak naprawdę mieliśmy ogromny niedosyt zwiedzania.

Na szczęście zupełnie inaczej sprawy się potoczyły w kolejnym odwiedzonym przez nas porcie Gjoa Haven. Dotarliśmy tam po niespełna dwóch dobach żeglugi z Cambrige Bay .Nasza trasa wiodła systematycznie na wschód i aby dotrzeć do celu musieliśmy pokonać wąski naszpikowany mieliznami odcinek Cieśniny Simpsona. Przebyliśmy go wyjątkowo sprawnie, bardzo dokładnie trzymając się wyznaczonej na mapie ruty.

Gjoa Haven to kultowy port kanadyjskiej Arktyki znany przede wszystkim z zimowania w nim odkrywcy , żeglarza i pierwszego zdobywcy Northwest Passage Roalda Amundsena. Port przywitał nas nie tylko wspaniałą pogodą ,ale także niespodzianka którą trudno byłoby wymyślić.

Po rzuceniu kotwicy w portowej zatoce , napompowaliśmy nieużywany dotąd ponton i wespół z Józkiem i Jurkiem Kuśmidrem udaliśmy się na ląd celem wstępnego rozpoznania. Zależało nam na dostępie do internetu, znalezieniu pralni i zorientowaniu się jakie atrakcje oferuje nam nasz kolejny port. Józek jak to Józek, bez zbytnich ceregieli pierwsze kroki skierował do stojącego nieopodal kościoła katolickiego i po stwierdzeniu że jest otwarty zaprosił mnie do odwiedzenia.

Mówiąc szczerze nie musiał specjalnie namawiać bowiem wszędzie gdzie wyjeżdżam ,a jeżdżę bardzo dużo ,zawsze bardzo chętnie odwiedzam kościoły dające świadectwo miejscowej historii. Zainteresowani świątynią w tak odległym i niecodziennym miejscu weszliśmy do środka gdzie niebyło poza nami nikogo. Jakie było nasze zdziwienie kiedy w trakcie oglądania wnętrza prosto urządzonego kościoła z zaplecza wyszedł młody mężczyzna i przywitał nas w języku polskim zapraszając na herbatę. Słysząc polską mowę po prostu osłupieliśmy ze zdumienia. Niebawem już na herbacie, wszystko się wyjaśniło i od tego momentu nasz pobyt w Gjoa Haven nabrał prawdziwych rumieńców. Ojciec Łukasz Zając ze zgromadzenia księży Oblatów, który od ponad roku wypełnia w tym kościele swoją duszpasterska misję, nie tylko, udostępnił nam internet, ale także zajął się kompleksowo naszym pobytem i zwiedzaniem. Z prawdziwą troską i „bez owijania w bawełnę” opowiedział nam wiele szczegółów o osadzie i jej mieszkańcach, a także o ich codziennym życiu w tej surowej krainie i związanymi z tym problemami. Jest to temat na osobny blog i obiecuję podzielić się z Wami uzyskanymi informacjami w niedługim czasie.

Zaproszony na jachtową kolację ksiądz Łukasz ,zdążył również poinformować ,że w jedynym tutejszym hotelu pracuje także Polka, pani Marzena i z pewnością chciałaby się z nami zobaczyć. Nie tracąc czasu podeszliśmy do hotelu i po równie zaskakującym jak w kościele przywitaniu ,tym razem z naszej strony, uprzejmościom i radości ze spotkania rodaków nie było końca. W sumie na kolacji, którą przygotowaliśmy na jachcie znaleźli się oprócz załogi Ksiądz Łukasz i Marzena ze swoim mężem Larrym. Dowiezieni pontonem na pokład jachtu już od wejścia” wkleili” się idealnie w nasze towarzystwo. Rozmowom, wspólnym śpiewom i opowieściom nie było końca i chociaż Marzena z Larym odpłynęli do domu po 24.00 to impreza przeciągnęła się do rana. Była to dla Księdza Łukasza pierwsza w życiu noc spędzona na jachcie i to w dodatku pod polska banderą.

Wspólnie uważamy, że właśnie dla takich spotkań i wieczorów warto się włóczyć po świecie, choćby to było na końcu świata tak jak tutaj.

Następnego ranka w towarzystwie ojca Łukasza i Marzeny odbyliśmy w kilka osób wyjątkową wycieczkę po Gjoa Haven i okolicy .Zwiedzając osadę służbowym vanem Marzeny dotarliśmy do wielu interesujących miejsc w tym zarówno do współczesnych domostw innuickich gdzie w naszej obecności właśnie oprawiano upolowane dzień wcześniej karibu jak i do stacji poboru wody czy miejscowego cmentarza znajdujących się dość daleko od centrum. Zarówno Marzena jak i Łukasz opowiadali nam rzeczy tak interesujące i dające pogląd na miejscowe życie i związane z tym problemy, że nie chciało się wypływać, a czas jak zwykle naglił. Dzięki uprzejmości Łukasza skorzystaliśmy również z jego pralki, a od Marzeny dostaliśmy na drogę prawdziwy kawał /10kg/zamrożonego na kość wołowego mięsa. Jeszcze odwiedziny w lokalnym super markecie oraz centrum kultury ,a także zakupy pamiątek z tego niezapomnianego miejsca i powrót na jacht. Przed wypłynięciem niezwykle ciepłe pożegnanie z polonusami i wymiana adresów do dalszej korespondencji. Można by powiedzieć, że półtorej doby postoju w Gjoa Haven to stosunkowo mało ale tym samym jak dużo kiedy spotyka się bratnie dusze i można zwiedzać z nimi świat. Ten port i ten wieczór zgodnie zaliczamy do najbardziej udanych w trakcie całego dotychczasowego rejsu, a jak to jest ważne dla psychiki niech będzie fakt, że po tej wizycie wszyscy mieli znacznie lepsze humory i pozytywne nastawienie do czekającej nas już niebawem lodowej gry.

Daniel Michalski

2 myśli na temat “Nie dla nas sznur samochodów …

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s