19.08.2014

 

15 sierpnia, drugi dzień postoju w Tuktoyaktuk. Pobyt w porcie miał być krótki, ale jak to w żeglarstwie bywa, nie można wszystkiego dokładnie zaplanować.

Potrzebowaliśmy zatankować około 700 litrów paliwa. Gdyby była normalna morska stacja paliwowa z pomostem przy niej, to zajęło by to niewiele czasu. Tutejsza stacja typu samochodowego zlokalizowana jest tylko około 100 metrów od pomostu, przy którym cumowaliśmy, ale tankowanie okazało się złożonym procederem. Najpierw przy pompie było napełnianie kanistrów, potem przewożenie ich pożyczonym wózeczkiem na pomost, wniesienie a właściwie spuszczanie ich na pokład po rufowym trapie i dopiero wtedy wlewanie do zbiorników jachtowych. Właśnie to wlewanie zajmowało dużo czasu. Żeby niechcący nie rozlewać paliwa po pokładzie, stosowaliśmy rurkę zasysająca z kanistra. Trwało to dość wolno i nie zdążyliśmy wypełnić zbiorników do pełna, przed zamknięciem stacji paliwowej.

Gdyby chodziło tylko o paliwo to moglibyśmy pośpieszyć się, ale prognoza pogody znowu była niekorzystna. Dodatkowo odprawa graniczna też wydłużała się, bo w komisariacie lokalny policjant kontaktował się z centralą odległą tysiące kilometrów stąd. W sumie nie dało się załatwić w tym dniu i musieliśmy czekać do następnego dnia na jakieś końcowe urzędowe papierki.

W między czasie poszedłem z komputerem do miasteczka żeby podłączyć się do jakiegoś Internetu. Na jachcie mamy Internet satelitarny, ale z wiadomych względów ograniczamy jego używanie, to znaczy koszt i wielkość wysyłanych plików. Tylko niektóre telefony komórkowe tutaj działają, nie ma też żadnej kafejki Internetowej, pubu lub hotelu gdzie zwykle w innych miejscach na świecie najłatwiej jest znaleźć możliwość podłączenia się do sieci. W jednym miejscu udało mi się złapać jakąś publiczną sieć nie zablokowaną hasłem i mogłem zalogować się na Skype, W ten sposób wysłałem do Polski kolejną relację ze zdjęciami oraz mogłem rozmawiać ze światem, ale z innymi stronami miałem problem.

W poszukiwanie lepszego netu odwiedzałem róże budynki typu publicznego. Wszędzie to samo to znaczy mają net tylko dla urzędowych celi i nie chcieli dać mi hasła do logowania.

W tej wędrówce po miasteczku, trafiłem do domu opieki seniorów. Bardzo ładny budynek, cieplutko i przytulnie w środku, ale bez netu. Spotkałem tam sympatyczną policjantkę RCMP, która poprzedniego dnia zaczęła naszą odprawę graniczną. Powiedziałem jej o moich problemach z netem na co ona zasugerowała mi inne miejsca gdzie może będzie net z którego mógłbym skorzystać. Zaprosiła mnie do radiowozu i obwiozła po kilku takich miejscach, ale bez skutku bo wszędzie było zamknięte. Bardzo byłem zaskoczony jej życzliwością, ale nie dziwiłem się zbytnio, bo była ona na służbie patrolowania miasteczka i rozmowa ze mną na pewno uatrakcyjniała jej rutynową pracę. Właśnie była pod wrażeniem, że mają „lokatora” w areszcie, co rzadko zdarza się w tej malej miejscowości, liczącej niewiele ponad tysiąc mieszkańców. Zapytałem co narozrabiał aresztowany? Okazało się że po prostu był pijany i żeby mu nie stało się coś złego, żeby mu było ciepło to… zamknęli go do aresztu. Alkoholizm jest głównym problemem w miasteczku.

Dalej rozmowa zeszła na tematy przestępczości, która jest tutaj na niskim poziomie. Według pani policjantki mieszkańcy nie są agresywni w stosunku do odwiedzających. Jedyna przemoc to najczęściej lokalne problemy pomiędzy mieszkańcami. Ludność lokalna wygląda na przyjazną. Dużo osób mijanych na ulicy mówi Hi i chcą nawiązywać rozmowę.

Pisząc tą moją opinię o Tuktoyaktuk przypomniała mi się książka pt. „Morskim Szlakiem Polonii 2010-11”, której ja jestem również współautorem we fragmentach dotyczących pobytu jachtu „Solanus” w Vancouver. Opisywane w książce wrażenia załogi tego jachtu o Tuktoyaktuk różnią się od moich obecnych. Zastanawiam się czy cztery lata mogły tak bardzo zmienić opinie odwiedzających żeglarzy? Zachęcam do przeczytania tej książki, która jest na PDF do bezpłatnego pobrania ze strony jachtu „Solanus”

Po tej wycieczce radiowozem pani policjantka podwiozła mnie do pomostu, gdzie wcześniej stała „Lady Dana 44”. Przycumowanego jachtu tam nie było, tylko Daniel stojący na pomoście, znaczącymi gestami wymachiwał rękoma do jachtu stojącego na kotwicy w pewnej odległości.

Jak się okazało, rozdmuchał się silny wiatr, kotwica w mulistym dnie nie trzymała i jacht zacumowany rufą niebezpiecznie zbliżał się do pomostu. Rysiek zdecydował na szybkie odpłyniecie. Przy manewrze odcumowania Daniel nie zdążył wejść na pokład i został na pomoście.

Koledzy na jachcie zaczęli przygotowywać ponton, żeby nas przywieść na jacht. Wiatr rozdmuchujący się do 8 stopni Beauforta, nawet na osłoniętej portowej wodzie powodował krótkie i wysokie fale i na naszym małym pontoniku byłoby trudno przeprawić się. Razem z Danielem poszedłem poszukać kogoś lokalnego, kto ma łódkę na brzegu, żeby poprosić go o transport na jacht. Miałem trochę wątpliwości, czy ktoś będzie chętny na pomoc przy takim dmuchu. Okazało się, że życzliwych mieszkańców nie zabrakło i dość szybko podpłynęliśmy do jachtu na dużej aluminiowej motorówce. Za tą życzliwość odwdzięczyliśmy się naszym dwóm przewoźnikom w tradycyjny sposób…, stosowanym przy takich okazjach w wielu miejscach na świecie.

Po powrocie na jacht wiatr rozdmuchał się coraz bardziej, osiągając siłę 9 st. Beauforta. Dla bezpieczeństwa podnieśliśmy kotwicę i przestawiliśmy się w inne bardziej osłonięte miejsce. Niebo i morze pokazało się w kolorze czerwonym, tak jakby koś rozlał krew żeglarzy, którzy przez lata zdobywając Northwest Passage stracili swoje życie. Na zewnątrz wiał sztormowy wiatr a wewnątrz jachtu było przyjemnie i ciepło. Dla „ochłodzenia” się po wrażeniach, oglądaliśmy na dużym ekranie film z rejsu francuskiego jachtu płynącego naszą trasą w roku 2003. Szczególnie mrożące krew w żyłach były profesjonalnie nakręcone ujęcia tego jachtu uwięzionego w lodach. Świadomość, że za kilka dni będziemy w tych miejscach dodawało respektu do Arktyki.

16 sierpnia wiatr trochę osłabł i przestawiliśmy się znowu do pomostu. Zacumowaliśmy tak samo jak dzień wcześniej i dokończyliśmy tankowanie.

O godzinie 17:05 oddaliśmy cumy rufowe i jednocześnie podnieśliśmy kotwicę. Pierwsze kilkanaście mil żeglugi było całkiem przyjemne, bo płynęliśmy pod osłoną brzegu, ale później wyszliśmy na bardziej otwarta wodę. Znowu zaczęła się halsówka pod wiatr. Prognoza pogody przewidywała za jedną dobę, znowu sztormowe wiatry. Żeby nie trącić czasu chcieliśmy przepłynąć około 100 Mm do Cape Batherst i ewentualnie przeczekać ten sztorm na kotwicy w zatoczce przed tym przylądkiem. Niestety nasze halsowanie przez całą dobę, posuwało nas do przodu zbyt wolno i sztorm dopadł nas przed tym przylądkiem. Nie było wyboru i krótkimi halsami posuwaliśmy się do przodu.

Następna doba 18 sierpnia, była podobna bez zmian. Wiatr o sile 7 st. Beauforta, w porywach nawet więcej. Powolutku zdobywaliśmy każdą milę do przodu. Wieczorem trochę zaczynało się uspokajać. Prognoza Ugrib, za kilkanaście godzin pokazywała słabiutkie wiatry, nawet zmieniające na bardziej korzystne, ale trzeba było tam dopłynąć w ten rejon za Cape Parry

19 sierpnia rano wyjątkowo dobrze spało mi się w mojej koi. Jak zwykle o 8 rano miałem rozpocząć swoja wachtę, zwykle budziłem się sam, albo nie spałem bo nie zawsze było to możliwe na sztormowej fali rzucającej jachtem. Najgorsze były silne uderzenia jachtu spadającego z fali, tak silnie, że podrzucało mnie na koi najpierw do góry, potem spadałem czasami obok, dobrze że cały czas jeszcze w koi. Zależnie od halsu, albo bliżej burty albo wciskało mnie w fartuch z drugiej strony koi.

Tym razem sunęliśmy po w miarę gładkiej wodzie i dlatego dobrze mi się przysnęło, że nawet schodząca wachta musiała mnie obudzić.

Na pokładzie a właściwie w osłoniętej budce było bardzo przyjemnie wachtować, Cieplutko i święcące słońce dodawało uroku żegludze. Na zewnątrz temperatura była prawie 9 st. C a pod osłoną budki drugi termometr rozgrzany słońcem, pokazywał nawet ponad 20 stopni C. Pamiętając że jesteśmy bardzo daleko za Kręgiem Polarnym, taką żeglugę można określić jak w tropikach.

Temperatura wody też wzrosła ponad 6 st. C, to znaczy że nasza odsalarka znowu mogła produkować dobrą wodę. Znowu ustawiła się kolejka do prysznica. Zmywanie naczyń w gorącej wodzie to też wielka satysfakcja.

Pierwszy raz w tym rejsie postawiliśmy grota. W kokpicie podnieśliśmy tylną zasłonę budki, Rzadko bywa, ale tym razem nie tylko wachta siedziała na pokładzie.

Na najbliższe dni prognozy są bardziej sprzyjające, ale do Cambridge Bay mamy jeszcze około 400 Mm.

Jerzy Kuśmider

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s