Pod wiatr i pod prąd

 

czyli z Nome do Tuktoyaktuk

Gdyby przed rejsem ktoś mi powiedział,że będę płynął nieprzerwanie dwa tygodnie pod wiatr i pod prąd to bym nie uwierzył. Przecież wiatry muszą się w końcu wywiać, a prądy wcześniej lub później kończą swój bieg. A jednak tak było. Mimo ,że w pierwszym etapie tuż po wyjściu z Nome jeszcze jakoś „żarło” to już po pokonaniu cieśniny Beringa zaczęło się „w mordę” I to jak.

Zanim jednak dotarliśmy do cieśniny przez dwa dni staliśmy w Nome ciesząc się prawdziwie dobrą pogodą. Jacht już tam na nas czekał, a na pokładzie stara gwardia czyli kapitan w osobie Ryśka Wojnowskiego i Lechu Romanowski ,którzy właśnie zakończyli ostatni turystyczny rejs po portach Alaski.

Kiedy wylądowaliśmy z Józkiem w Nome zrobiło się swojsko bo na lotnisku witał nas Rychu, a przez szybę sali odpraw żegnaliśmy się z Michałem i Kamilem – załogantami poprzedniego etapu. Ja z Józkiem ,Andrzej Mizgier z Jurkiem Beerem i Jurek Kuśmider wprawdzie osobno ale wszyscy dolecieliśmy szczęśliwie na umówiony termin.

Na pokładzie klar i domowa atmosfera. Lechu jak zwykle postarał się o super obiad i kiedy już było po deserze wspólnie usiedliśmy do stołu aby uzgodnić szczegóły dalszych działań. Wystarczyło kilka organizacyjnych ustaleń i wszystko było jasne. Podzieliliśmy się na trzy wachty i przydzieliliśmy koje. Niby nic, a jednak.

Kapitan jak zwykle bez wachty i w swojej kabinie zwanej już od poprzedniego roku „Ośrodkiem swobodnej miłości im. Danki i Ryśka”. ”Długi” czyli Jurek Beer z powodu słusznych rozmiarów i zasług dostaje najlepszą po kapitanie prawą tylną kabinę z dolnym pokładem ,a jako partnera do wachty Andrzeja Mizgiera. .Na pięterku w kabinie z „Długim” śpię ja i mimo,że nie jesteśmy w jednej wachcie wspólnie pilnujemy porządku w „Kantynie”bo taką ksywę nosi nie bez powodu nasz mały domek. ” Andriusza” oraz Józek partner z mojej wachty zajęli prawą przednią czyli „Gawrę”, a Lechu z Jurkiem Kuśmidrem „Sanatorium” czyli przednia lewą.

W sumie po tych trzech tygodniach żeglugi wszyscy jakby się dopasowali do nazw swoich kabin bo i „Andriusza” lubi spać,że nie wspomnę Józka, a Jurkowi „Sanatorium” przypasowało idealnie. Trochę gorzej z naszą „Kantyną” bo na razie idą zapasy z dziobu ,ale to tylko kwestia czasu i bakisty pod koją „Długiego”pójdą w ruch.

Wachty mamy stałe na cały rejs i tak od 08-12.00 oraz 20-24 wachtuje Lechu z Jurkiem bowiem Lechu przygotowuje wszystkie główne posiłki dla całej załogi i musi mieć czas na nocny odpoczynek .Od 24-04 oraz 12-16 służbę nawigacyjną mam ja z Józkiem i muszę powiedzieć, że już się to tej nocnej pory całkowicie przyzwyczailiśmy, a po nas od.16-20 oraz 04-08 wachtują Jurek z Andrzejem. Teraz kiedy piszę te słowa wszyscy się już do siebie dograli więc nie ma najmniejszych problemów. W odróżnieniu od zwykłych rejsów, a w szczególności rejsów stażowych nie ma między nami podziału na oficerów i załogantów ale wszyscy tworzymy ZAŁOGĘ. Nie ma też rozkazów,przydziałów prac,stałych obowiązków np. wachty kambuzowej, a wszystko odbywa się na zasadzie kto się zgłasza do roboty ten robi. Może to się wydać dziwne i nieskuteczne dla obserwatora z boku ,bo kto chciałby robić za innych ? ale tak się właśnie składa,że w naszej ZAŁODZE wszyscy chcą coś robić i robią to od siebie bez rozkazów i terminów. Roboty specjalistyczne, przetaczanie paliwa, pompowanie i mycie zenz, naprawy, strojenie takielunku są zgłaszane przez kapitana i kto chętny ten robi. Pozostałe definiuje Lechu i kto wolny ten do dzieła .

Taka formuła sprawdziła się już w zeszłym roku ,a sądząc po 3 tygodniach tego rejsu teraz również nie zawiedzie.

Co by nie mówić najbardziej zapracowany na pokładzie jest Lechu. Nie tylko,że sam przygotowuje wszystkie posiłki, a są to arcydzieła kulinarne o których kiedyś osobno napiszę, ale spełnia również rolę opiekuna jachtu. Dzięki jego wprawnemu oku żadna usterka na pokładzie ani nieporządek w kubryku nie przejdzie. Bardzo często sam wykonuje różne prace, a nam zgłasza do wykonania prace nie cierpiące zwłoki..

Pomyślicie nowy jacht ,co tam jest do roboty ?

Otóż więcej niż Wam się wydaje.

Przykładowo, niestety mimo naszych mozolnych prób znalezienia przecieków, woda zaburtowa poprzez odpowietrzenia lub w jakiś inny magiczny sposób nadal dostaje się do zbiorników paliwa,a czym to grozi nie trudno się domyśleć. Nie chcąc dopuścić do zatarcia wtryskiwaczy co skutkuje całkowitym unieruchomieniem silnika, na bieżąco co 30 minut ,przy dużym zafalowaniu sprawdzamy separatory filtrów paliwa i jeśli pojawi się w nich woda uruchamiamy procedurę usuwania z nich wody. Ta robótka wystarcza aby zająć nam „trochę” czasu ,a przy dużych przechyłach wcale nie jest łatwa do zrobienia. Tu specjalizację zrobił „Długi” i ja. Naszym guru w te klocki jest kapitan,który ogarnia resztę silnikowych przypadłości ,a po ubiegłorocznych przygodach w cieśninie Wilkickiego teraz ” dmucha i każe dmuchać na zimne.”

Specjalizację w sprzątaniu kubryku i nie tylko, za to na najwyższym poziomie zrobił „Andriusza”. Poziom świadczonych przez niego usług daleko przewyższa jachtowe standardy.

Po jego akcji wszystko świeci jak przysłowiowe „psu jaja” niemniej z powodu braku czworonoga na pokładzie nie ma wzorca i pozostała załoga nie jest w stanie długo utrzymać takiego błysku

Na zmywaku karierę robi Jurek, który odpracowuje zaległości pobytu w „sanatorium”, a nawet więcej bo przygotowując swój następny tam pobyt /związany z morska chorobą/– odpracowuje godzinki z tłustymi patelniami na zapas. Oczywiście wszystko z własnej nieprzymuszonej woli.

My z Józiem palimy się do roboty w „dyskotece”, bo takich warunków jak na „Pani Dance” to gdzie indziej nie znajdziesz. Ciepła woda, gąbeczki, ściereczki, chusteczki,oraz płyn do mycia „ Szary Jeleń” który jak głosi reklama „myje ręce aż do kości.”

Byłbym niesprawiedliwy gdybym nie napisał nic o Ryśku bo jeśli ktoś z nas jest zajęty cały czas, to z pewnością kapitan.,A to trzeba filtr paliwa rozebrać i sprawdzić ,a to się popsuła pompa wody słodkiej i nie leci woda z kranu,a to wysiadł autopilot i ploter na deku – na wszystkie nasze kłopoty jest Rychu, a przecież on też ma swoją wyjątkową specjalność. Poza perfekcyjnym dowodzeniem i okiem na wszystko ,Rychu jak na faceta przystało zajmuje się ANNĄ i LIZĄ . Chociaż Danka jeszcze tego nie wie i proszę Was nie mówcie jej ,cały swój wolny czas Rysiek poświęca ANA LIZIE. Ponieważ sprawy traktuje nad wyraz poważnie dzieli czas i stąd ten podział. Rychu analizuje wszystko co się da aby bezpiecznie i skutecznie żeglować do celu i co najważniejsze ,udaje mu się to znakomicie .

Podsumowując, na razie wszystko idzie jak po maśle ,gdyby tylko nie ten przeciwny wiatr i prąd.

Nie wiedzieć dlaczego , zaraz po przejściu cieśniny Beringa dostaliśmy taka szkołę wytrwałości i żeglarskiego chrztu ,że gdyby kogoś zabrać i na tym odcinku chcieć zarazić go do żeglarstwa to z pewnością by mu się odechciało. Przeciwny silny sztormowy wiatr i wsteczny prąd powodował „szycie” morza takim „ściegiem”,że najbardziej znany w Gdyni krawiec Wiśniewski nie powstydziłby się takiego wzoru.. Przez 2 długie tygodnie szlag nas trafiał kiedy” stebnując” raz w jedną raz w drugą już myśleliśmy , że po skręcie ,wiatr będzie korzystniejszy ,a on jak z czarodziejskiego worka znowu był „w mordę.” Nie będę się rozpisywał jacy to byliśmy twardzi i „do przodu” ,wystarczy chyba fakt,że przepłynęliśmy ponad 1500 Mil morskich pod wiatr i prąd zawijając do Tuktoyaktuk bez szkód oraz w dobrych nastrojach .

Osobiście sytuację ująłem w tekście mojej nowej piosenki inspirowanej szantą „ Ja stawiam.”

Daniel Michalski

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s