PRZYSTANEK ALASKA

 

Część I

Chociaż od 11 dni jesteśmy w morzu i każdy z naszej 7 osobowej załogi, zdążył się już „wkleić”w swoją nową żeglarską rolę , ja jestem wspomnieniami jeszcze na Alasce.

Wykorzystując fakt, że Jurek Kuśmider na bieżąco relacjonuje na blogu nasze postępy w żegludze, osobiście postanowiłem zgodnie zresztą z obietnicą ,podzielić się moimi przed rejsowymi przygodami na Alasce .Z uwagi na dość obszerny tekst podzieliłem go na trzy części aby nie nużyć czytelnika moimi w końcu osobistymi historiami i dać szansę na szybsze zakończenie czytania . Obiecuję że,następny blog będzie już krótszy i o rejsie, ale póki co wspomnienia z Alaski.

Alaska to miejsce wyjątkowe i robi wrażenie nie tylko na takich „kozakach” jak ja czy mój partner z wachty Józek, ale na wszystkich przybywających tu tłumnie z prawie całego świata. Turyści,poszukiwacze przygód ,miłości ,złota, a także pracy, przybywają tu z nadzieją na turystyczne safari,lepsze jutro lub życiową szansę. Alaska przyciąga surową przyrodą ,krajobrazami jakich nie zobaczymy nigdzie indziej i możliwością znalezienia nie tylko dobrze płatnej pracy jak choćby przy połowie królewskich krabów, ale również złota które do dzisiaj się tu wydobywa i jest źródłem utrzymania wcale nie małej grupy ludzi.

Zmobilizowany i zachęcony przez Józka do zwiedzenia Alaski w tzw. „SHORT” programie już w Polsce podjęliśmy decyzję o odwiedzeniu najbardziej znanego i reprezentatywnego rejonu Alaski tj. Parku Narodowego DENALI leżącego u stóp najwyższego szczytu Ameryki Północnej Mt. Kinley. Aby się tam dostać należało przylecieć do Anchorage najbardziej znanej i najczęściej odwiedzanej miejscowości na Alasce i stamtąd samochodem dotrzeć do odległego o 244mile na północ Parku Denali. Co było robić.

Zgodnie z Józka planem najpierw dolecieliśmy szczęśliwie z Toronto do Chicago i dalej do Anchorage aby tam przenocować przed wyjazdem do Parku. Na lotnisku odebraliśmy zarezerwowany wcześniej samochód i po krótkim dojeździe do centrum zakwaterowaliśmy się w schronisku turystycznym Alaska Backpackers Inn. nieopodal hotelu Sheraton. Mimo,że od Sheratona dzieliło nas niewiele więcej niż 100 metrów to w standardzie między naszymi „hotelami” różnica była,że tak powiem „zaje….”znacznie większa.Oboje wiedzieliśmy na co się piszemy i za jakie schronisko zapłaciliśmy bo nie raz w takich bazach się spało, jednak ta miejscówka zrobiła na nas prawdziwie duże wrażenie . Usytuowane w starym zaniedbanym pomalowanym na niebiesko drewnianym budynku schronisko, przywitało nas klimatycznymi wnętrzami w których wszystkie pomieszczenia i zastane sprzęty swoją świetność miały już dawno za sobą, a wszechobecne malunki na ścianach przypominały wszystkim odwiedzającym kto tu i kiedy bywał. Od razu było widać,że to mekka prawdziwych trekkerów, których z resztą natychmiast spotkaliśmy.

Należał do nich między innymi Rob młody ,”wyluzowany”nie przekraczający trzydziestki Amerykanin który razem z równie młodą żoną prowadzą firmę wożącą po Alasce spragnionych przygód i atrakcji turystów. Nic w tym by nie było ciekawego gdyby nie fakt,że robią to w oparciu o stary ale jeszcze sprawny i przerobiony do górskich wypraw amerykański szkolny autobus. Specjalnie podzielony na przedział osobowy i część towarową miał również z tyłu bagażnik na opał oraz na dachu platformę na gabarytowy bagaż pasażerów .Zaproszony do zwiedzenia już na pierwszy rzut oka kultowego pojazdu byłem pod wrażeniem pomysłów ,formy i prostoty przeróbek dających jak zapewnił mnie właściciel całkiem dobre efekty, również biznesowe. Dla chętnych mam namiary.

Nie przejmując się siermiężnym stylem schroniska zrzuciliśmy nasze bagaże w mrocznym pokoju z metalowym piętrowym łóżkiem , wolno stojącą lodówką, a na niej telewizorem sprzed 20 lat i ruszyliśmy na zwiedzanie. Józek jak to pan profesor, wszystko co mieliśmy zobaczyć miał na liście więc nie było strachu, że coś przeoczymy.

Na początek wybraliśmy słynne w Anchorage lądowisko aeroplanów z którego jak podaje przewodnik startuje bądź na nim ląduje co 3 minuty samolot. Lądowiskiem było małe jeziorko koło międzynarodowego portu lotniczego na którego brzegach przywiązane do specjalnych mocowań parkowały dziesiątki małych prywatnych maszyn. Widok dla europejczyka bynajmniej niecodzienny, a tu jak się doczytaliśmy standardowy. Ponad 1/5 mieszkańców Anchorage posiada licencje pilota i korzysta z własnego samolotu.

Piękna pogoda,wspaniałe widoki i interesujące maszyny tak nas zaciekawiły ,że do schroniska wróciliśmy bardzo późno. Mimo to podjęliśmy decyzję że wstajemy wcześnie bo z rana zgodnie z planem jedziemy do Parku Denali. Tam zarezerwowaliśmy trzy noce aby ponownie wrócić do Anchorage dokończyć zwiedzanie, zrobić ostatnie zakupy i ruszyć na jacht. Jak widać plan ambitny bo odległości duże, a w programie atrakcji nie mało. Zawdzięczam to zarówno Józkowi,który od wiosny gromadził materiały o planowanej trasie i najlepszych miejscach do zobaczenia ale także naszej wspólnej organizacji. Obajs tarzy „harcerze” nie spuszczaliśmy z tonu i” jak było coś nie halo to się zrobiło halo i było cacy.”

Trasę do Parku Denali pokonywaliśmy pachnącym jeszcze nowością amerykańskim Dodge’m Dart z wypożyczalni Alamo w Anchorage. Zaskoczeni nowiutkim autkiem bowiem rezerwowaliśmy najtańszego Chevroleta ruszyliśmy pełni optymizmu na podbój interioru. Naszym głównym celem jak wspominałem wcześniej był Park Narodowy Denali, ale prawdziwym marzeniem było zobaczenie albo z trasy albo już z terenu parku – szczytu Mc Kinley. Majestatyczna góra widoczna z drogi już kilkadziesiąt kilometrów wcześniej ściąga swym urokiem i potęgą nie tylko takich którzy chcą ją zobaczyć jak my, ale i tych którzy pragną na nią wejść. Tak się się akurat złożyło,że kiedy my z Józkiem cieszyliśmy się z promocji natury i pogody dającej szansę zobaczyć osławiony szczyt,prawie miesiąc wcześniej cieszyła się z jego zdobycia nasza koleżanka, podróżniczka i żeglarka – Monika Witkowska, dzielna załogantka szwedzkiego jachtu Anna w rejsie przez Northwest Passage tyle,że w 2010 roku. Tu muszę wyjaśnić,że ani zobaczenie szczytu ani wejście na niego wcale nie jest takie proste i łatwe bowiem miesiąc lipiec i sierpień to miesiące z największymi opadami deszczu i złą pogodą w tym rejonie.

My jednak mieliśmy szczęście. Na trasie była piękna pogoda ,humory dopisywały,a nasz Dodge gnał jak szalony z maksymalnie dopuszczoną na tej trasie prędkością 65mil na godzinę. Prędkości pilnowaliśmy wyjątkowo dokładnie bo mandaty „mocno drogie”, prawko mogą zabrać, a samochodzik odebrać i wystawić w promocji do sprzedania. Nasłuchaliśmy się tych ostrzeżeń tyle,że w jeździe tylko z nas brać przykład.

W drodze do Parku odwiedziliśmy miejscowość Palmer, a w niej farmę wołów piżmowych rzadko spotykanych nawet w tych rejonach zwierząt wyglądem przypominających znanego nam z reklamy polskiego żubra tyle że z” bardzo daleka.” Długo by pisać o pochodzeniu tych zwierząt,rejonach ich występowania, ich charakterze wcale nie przymilnym czy też o trudach hodowli – niemniej najważniejsza w tym wszystkim jest wełna dla której tę hodowlę się prowadzi .Próbki wyrobów mieliśmy okazję zobaczyć oraz dotknąć i powiem szczerze – tak miękkiego, ciepłego i przyjemnego w dotyku wełnianego materiału jeszcze w ręce nie miałem. Niestety z powodu ” mocno turystycznej ceny” wyroby pozostały w sklepiku, a my obeszliśmy się jedynie zdjęciami.

Obiecany w przewodniku przepiękny widok Mt.Mc Kinley z miejscowości Talkeetna położonej ponad 30km przed Parkiem nie był przesadzony. Dotarliśmy tam w idealnym momencie kiedy operacja słoneczna oświetlała najwyższą górę Ameryki Północnej, a widoczność była może nie idealna, ale z pewnością wystarczająca. Mała wioska przyciąga turystów z całego świata nie tylko z powodu owego widoku ale także dlatego,że jest to miejsce do złudzenia przypominające widoki z kultowego filmu” Przystanek Alaska” emitowanego również w naszej telewizji. Przyjeżdżają tam zarówno prawdziwi poszukiwacze przygód jak i zwykli turyści oraz rodzice z dziećmi chcący zobaczyć dawny pionierski charakter tych stron.

Szczęśliwi ,że pogoda dopisała z kompletem wyśmienitych zdjęć Mc Kinleya w tle, zjedliśmy prawdziwą włoską pizzę i pojechaliśmy do Parku.

Rezerwacja noclegów dokonana już w marcu br. przez internet nie zawiodła naszych oczekiwań ani trochę .Schludne drewniane domki z pełnym surowym ale i stylowym wyposażeniem idealnie czyste i przygotowane na nasz przyjazd dawały poczucie komfortu i przytulności. Wszystkim ,którzy wybierają się w te strony mogę z pełną odpowiedzialnością polecić Carlo Greek Lodge jako super miejscówkę na wypady do Parku Denali.

Od rana następnego dnia ruch w interesie. Z powodu złej pogody jedziemy do Parku rozeznać kiedy najlepiej wybrać się na zwiedzanie bowiem jest to związane z minimum 8 godzinną podróżą autobusem niemalże do serca parku,a siedzieć w autobusie na dodatek w deszczu nam się nie uśmiechało. Trzeba wyjaśnić ,że wjazdu prywatnymi samochodami do Parku nie ma ,a dojazd do najbardziej interesujących miejsc odbywa się wyłącznie specjalnymi autobusami firmy z państwową koncesją. W centrum informacji spotykamy się z wzorową organizacją i perfekcyjną informacją dla zwiedzających. Dowiadujemy się,że dzisiaj z pogodą będzie licho ale jutro już słońce i chmury pół na pół. Szczęśliwi,że trafia się nam okno pogodowe właśnie w czasie naszego pobytu kupujemy niemal ostatnie bilety na wyjazd o 8 rano,a sami pakujemy się do samochodu i kierunek Fairbanks.

Daniel Michalski

PRZYSTANEK ALASKA

Część II

Z Denali do Fairbanks kultowego miejsca handlu i poszukiwania złota na Alasce mamy następne 180 mil .Dobrze, że lądowych bo to i tak kawał drogi ale „jak nie my to kto.” „Dajemy po pedale nie przejmując się wcale” i liczymy na lepszą pogodę na miejscu.

Trasa do Fairbanks na zawsze pozostanie w naszej pamięci z kilku powodów. Pomijam wyjątkowe krajobrazy, powszechny brak ludzi i ruchu samochodowego na drodze lub ciekawskie łosie na szlaku. Dla nas ten odcinek to przede wszystkim wizyta w miejscowości Tanana .

Ale po kolei. Aby dotrzeć do Fairbanks jedyna droga wiedzie przez miejscowość Tanana położoną nad rzeką o tej samej nazwie. Mała indiańska wioska słynna w całej Alasce z zawodów psimi zaprzęgami oraz wymyślonej przez jej mieszkańca specjalnej konstrukcji do oceny zalodzenia rzeki dla nas pozostanie w pamięci z całkiem innych powodów.

Pierwszym z nich był odkryty przez nas wpis w pamiątkowej książce gości miejscowego kościółka. . Wpis ,a właściwie kilka wpisów POLSKICH TURYSTÓW ,którzy odwiedzili świątynię i to w bieżącym roku wprawiło nas w totalne osłupienie, biorąc pod uwagę naprawdę małą ilość turystów w tych stronach. Sądząc wcześniej , że należymy do nielicznych którzy przybyli tu z dalekiej Polski natentychmiast wyleczyliśmy się z roli pionierów i pokornie potwierdzamy starą maksymę „Gdzie nie ma nikogo tam są Polacy”

Drugim momentem było niecodzienne przyjęcie i powitanie w miejscowym muzeum i ośrodku kultury przez jego szefa ,jak się domyśliliśmy z urody rdzennego lokalesa. Długie ciemne włosy spięte w kitek na plecach,klasyczna indiańska uroda i postura „zwinnego tropiciela” dodawała kolorytu w sumie przeciętnemu muzeum.

Na nasz widok w drzwiach, rzeczony „kustosz” ani drgnął i siedząc rozparty na kanapie z nogami wyciągniętymi na blacie stołu, dalej spokojnie sączył swój„napój”. Zdezorientowani czy musimy kupić bilet i co należy do muzeum, a co jest na sprzedaż zwróciliśmy się w jego stronę . Dokładnie jak przy wejściu przywitał nas nie zmieniając pozy, ale żeby było jasne kto tu rządzi ,bez słowa palcem wskazał fotografię na ścianie z twarzą wyraźnie przypominającą jego facjatę. Po usłyszeniu, że jesteśmy z Polski nawet nie mrugnął uznając nas z pewnością za za mało egzotycznych i do końca pozostawił w spokoju. Mimo,że zainteresowani zrobioną dość prymitywnie wystawą muzealną spędziliśmy tam dobre pół godziny „kustosz” nie zainteresował się nami nawet na moment. Sądząc po sposobie zachowania przyjęliśmy z Józkiem, tezę że „kustosz” z pewnością jest na państwowej pensji i tak jak u nas przed laty przychodzi jedynie do pracy.

No cóż, jak widać ten styl jest znany również za oceanem.

Rozbawieni sytuacją wsiedliśmy do auta i w super nastrojach z powodu polepszającej się pogody dotarliśmy do Fairbanks.

Miasteczko ,a w zasadzie największe miasto na północy Alaski przyjęło nas świetną pogodą i super atrakcjami. Nie będę pisał o historii tego miejsca,wielkich nadziei tysięcy poszukiwaczy złota ani też o ich mozolnych często okupionych życiem podróży do złotego miasta .O tym przeczytacie w internecie. Skomentuję jedynie fakt,że zadbano o to by ta historia nie została zapomniana.

Służy temu „Pionier Park” będący kolejnym celem naszego zwiedzania. Specjalnie wybudowany obiekt, muzeum ,skansen i park rozrywki w jednym, który wprawdzie trochę kiczowato, ale z dobrym pomysłem daje szansę zatrzymać się na chwile w czasie i przenieść wyobraźnią 100 lat do tyłu. Wystylizowane dawne chaty poszukiwaczy złota,knajpy i warsztaty rzemieślnicze, przeniesione na zaimprowizowaną stara uliczkę tworzą świetny klimat i dają wyobrażenie o tamtych surowych czasach. Zakotwiczony w suchym doku oryginalny ponad stuletni amerykański parowy tylnokołowiec został wykorzystany jako wystawa miniaturowych makiet większości okolicznych miasteczek . Znakomicie odtworzone w najdrobniejszych szczegółach osady poszukiwaczy złota pokazują prymityw codziennego życia ,a zarazem prostotę i skuteczność prostych rozwiązań. Jednym z obiektów Pionier Parku jest muzeum lotnictwa urządzone w specjalnym namiocie w kształcie igloo i chociaż z zewnątrz wygląda nie tęgo zbiorów mogłoby mu pozazdrościć nie jedno muzeum w Europie. Ilość eksponatów na metr kwadratowy zmusiła nas do poświęcenia całej godziny, a i tak nie byliśmy „nasyceni”.

Mimo,ze chciałoby się tam dłużej posiedzieć Józek trzymał się planu, a ja Józka no i w rezultacie pojechaliśmy odwiedzić największa atrakcję Fairbanks – Obóz Poszukiwaczy Złota.

Wprawdzie w przewodniku było napisane,że pracują w wybrane dni tygodnia nie mniej nie było podane kiedy dokładnie. Ta mała nieścisłość kosztowała nas wypad do niestety zamkniętej atrakcji. Nie dając za wygraną Józek po tzw „wstępnych oględzinach” i stwierdzeniu ,że nie ma tam żywego ducha bez zbytnich ceregieli przeszedł pod szlabanem i to co było jeszcze przed chwilą niemożliwe stało się możliwe. Znaleźliśmy się na prywatnym terenie na zaimprowizowanej stacyjce kolejowej z której jak się domyśleliśmy wożą turystów do miejsc poszukiwania złota. Jako doświadczeni „tropiciele” jeszcze z harcerstwa podążyliśmy śladem torów kolejki docierając do miejsca płukania złota. Zarówno Józek jak i ja nie spuściliśmy z tonu i przynajmniej dla zdjęcia podjęliśmy próbę zostania bogatszymi .W sumie tak się stało bo chociaż nic się nie udało wypłukać to bilety wstępu były po kilkanaście dolców w wersji z innymi ,a my mieliśmy miejscówkę za darmo i tylko dla dwóch.

W drodze powrotnej zajrzeliśmy jeszcze do ośrodka kultury w Fairbanks ,a zaskoczeni wyjątkowo nowoczesna formą nie tylko budynku ale i wystawy miejscowej kultury i historii jeszcze długo po tym dyskutowaliśmy czy w Polsce nie można by było lepiej pokazać naszej skąd innąt złożonej ale i ciekawej historii. Tutaj w głębokim interiorze pokazuje się odwiedzającym znakomite filmy o miejscowych pionierach i trudach tamtych czasów ,a my mimo dużo bogatszej historii często zapominamy o naszych przodkach ,a jeszcze gorzej jest z dokumentacją filmową najbardziej trafiającą do ludzkiej wyobraźni. Wypad do Fairbanks dobiegł końca i żeby zdążyć na noc do „domu” trzeba było zdrowo cisnąć z powrotem. W Carlo Creek Lodge poszliśmy na wieczorna pizzę i syci wskoczyliśmy do łóżek.

Następny dzień to zwiedzanie Parku Narodowego Denali więc trzeba spać i to szybko.

Daniel Michalski

PRZSTANEK ALASKA

Część III

Teren Parku Narodowego Denali to obszar ogromny i bardzo zróżnicowany .Stworzenie na tak dużym terytorium strefy ściśle chronionej wymagało pomysłu,konsekwencji i ludzi oddanych sprawie.

Trudno przybliżyć w kilku słowach walory ,charakter,skalę i organizację Park Denali ,ale gdyby mi kazano to określić jednym słowem powiedziałbym – optymalne.

Chociaż w Parku podobało mi się wszystko nie będę Was męczył banalnymi opisami wspaniałej przyrody,niepowtarzalnych widoków,czy mrożącymi krew w żyłach historiami o spotkaniach z niedźwiedziami ,karibu, świstakami ,kozicami górskimi itd. natomiast nie odmówię sobie – pochwalić Amerykanów za organizację i koncepcję prowadzenia Parku.

Od samego wjazdu widać było spójność organizacji i ekologiczne podejście do sprawy. Uważam nawet ,że poprzez takie profesjonalne działanie nie tylko skutecznie edukuje się w zakresie ochrony przyrody, ale kreuje się się modę na dbanie o środowisko naturalne szczególnie wśród dzieci i młodzieży.

Dużo by pisać o świetnej organizacji dającej poczucie bezpieczeństwa w jak by nie było bezludnym rejonie,o możliwości chodzenia po terenie Parku bez specjalnych ograniczeń,o świetnych informatorach i mapach dla piechurów, ale także i o tym,że wszystko co do Parku wniesiemy mamy obowiązek z niego wywieść. Nie ma zatem śmietników na odpadki,nie ma poza paroma miejscami na przestrzeni 90 mil , pkt. gastronomicznych ,toalet,handlu pamiątkami itp.

Są natomiast wkomponowane w krajobraz szutrowe drogi do najciekawszych miejsc widokowych, a także Rangersi czyli Strażnicy Parku. Świecący przykładem nie tylko z powodu nienagannego ubioru ale przede wszystkim kompetencji są prawdziwymi ambasadorami ochrony przyrody. Przykładem jak daleko poszli Amerykanie w kierunku promocji ochrony środowiska naturalnego niech będzie fakt,że na jednym z punktów widokowych gdzie turyści zwykle się rozchodzą w teren i robią zdjęcia z różnych miejsc, pojedyncze ścieżki szerokości 30cm i długości do kilku metrów wydeptane przez amatorów foto safari zostały zamknięte dla przejścia, a na wbitym na ścieżce kołku widniał napis „Obszar odnawiany.” Można by sądzić, że w zestawieniu z ogromnym terenem Parku te kilka metrów wydeptanych ścieżek to jak igła w stogu siana. A jednak nie .Takie podejście do sprawy buduje wśród odwiedzających szacunek nawet do skrawka pierwotnej przyrody.

Jadąc z Józkiem 4 godziny w jedna stronę i 5 godzin z powrotem ani na chwilę się nie nudziliśmy. Było co oglądać i było interesująco. Kierowca autobusu był zarazem pilotem i na bieżąco informował o historii i najciekawszych miejscach trasy. Kiedy z okien można było zobaczyć podchodzące do drogi zwierzęta zatrzymywał pojazd i w ciszy przerywanej migawkami aparatów fotograficznych mogliśmy podziwiać dzikie zwierzęta w naturalnym środowisku. Dzięki takiej formule nawet Ci mniej zainteresowani mieli bodziec do poznania bogactwa parku.

Dzień minął szybko ,a my szczęśliwi z kilkuset zdjęciami zrobionymi w najbardziej ekstremalnych miejscach wróciliśmy do bazy w Carlo Creek Lodge.

Rano przed wyjazdem do Anchorage zdecydowaliśmy się jeszcze pojechać na teren Parku naszym samochodem. Celem było miejsce gdzie kończy się droga publiczna ,a zaczyna ścisły teren Parku. Muszę przyznać, że był to znakomity pomysł. Mało,że zrobiliśmy sobie z Józkiem godzinny spacer w dół rwącej lodowcowej rzeki to na koniec spotkaliśmy 3 urocze Rangerki stojące na posterunku przy wjeździe do strefy chronionej. Zdjęcia które udało nam się zrobić w towarzystwie „prawdziwych” amerykańskich Rangerek to wisienka na naszym torcie pobytu w Denali.

Byliśmy szczęśliwi ale trzeba było wracać do Anchorage.

Właśnie podczas tej trasy przydarzyła się nam druga fajna niemniej kosztowna przygoda,którą nazwaliśmy zgodnie z nazwą miejsca gdzie się zdarzyła – sloganem amerykańskich astronautów z Apollo 13 : Houston mamy problem!

Zmęczeni zwiedzaniem i głodni jak wilki jechaliśmy w stronę domu a tu ni hu hu nigdzie nie było nic do zjedzenia. Zajechaliśmy może do trzech różnych punktów i kicha. Zdesperowany Józek chciał już nawet przejść na systematyczną i ortodoksyjną dietę kiedy w podłym barze z hamburgerami, dostaliśmy „pewny”adres na super wyżerkę. Co by nie mówić i mi się chciało jeść więc „darliśmy” do wskazanego Houston co sił. Na miejscu knajpa z zadęciem że ho,ho. Flagi,reklamy, na parkingu kilka motocykli, więc myślimy – jest dobrze. Było dobrze ale niestety tylko do momentu kiedy przynieśli nam zamówione dania. Z powodu wielkiego głodu i zniecierpliwienia wzięliśmy naprędce ,półtorej porcji dania o dobrze brzmiącej nazwie Mc Kinley. Wprawdzie Józek chciał tylko jedną na pół ale przekonałem go,że takich dwóch jak my to nie to tamto.. Kłopot w tym,że nie doczytaliśmy precyzyjnie składników ,a skupiliśmy się jedynie na obiecująco brzmiącej nazwie. W wyniku naszego zamówienia najpierw kelnerka nie mogła wyjść z podziwu po czym cała obsługa śmiała się po kątach mając na twarzy wypisane pytanie – jak oni to zjedzą?

Kiedy w końcu dostaliśmy nasze zamówienie nie mogliśmy uwierzyć. Na stole wylądowały dwa potężne półmiski jak na wiejskim weselu wypełnione po brzegi różnej maści chipsami i oblane czterema różnymi sosami z dodatkiem wątpliwego smaku ogórków i czegoś bliżej nie zidentyfikowanego robiącego za fasolę z mięsem. Na szczycie biały ostry jogurt przypominający ośnieżone zbocza. Wysokość porcji sięgała kilkunastu centymetrów/bez ściemniania/ i to jedyne zgadzało się z kartą bo do złudzenia przypominało masyw Mc Kinley’a.

Kiedy po kilku wstępnych kęsach wiedzieliśmy już, że to „popelina”,muszę powiedzieć, miny nam zrzedły, a śmiech siedzących obok harleyowców zupełnie ostudził nasz głód. Prośba o zapakowanie większej porcji do pudełka została przyjęta ze zrozumieniem ,ale kiedy okazało się ,że to co zostało jest po prostu nie do jedzenia -spojrzeliśmy na siebie z Józkiem ,a przez głowy przemknęła myśl : „Houston !– mamy problem”.

Aby opuścić lokal i wyjść z twarzą z kulinarnej opresji podarowaliśmy kelnerce do dyspozycji świeżo zapakowaną porcję amerykańskiej paszy i płacąc z uśmiechem 30 dolców łącznie z napiwkiem dodaliśmy,że takich specjałów w Europie nie znamy. Wracając głodni ale radośni do Anchorage wiedzieliśmy już na pewno, że tutaj to się nie najemy.

Anchorage do którego wróciliśmy, z resztą do tego samego schroniska co wcześniej, przywitało nas dobra pogodą i paroma świetnymi obiektami do zwiedzania.

Od rana zgodnie z Józka wytycznymi zwiedzaliśmy po kolei wszystko co było warte obejrzenia. A to byliśmy w super nowoczesnym muzeum miasta i historii Anchorage ,a to w muzeum Policji Stanowej Alaski ,później pod pomnikiem Jamesa Cooka,i w jeszcze wielu innych miejscach żeby w końcu całkowicie przypadkowo wylądować w najstarszym i jak się okazało jedynym w Anchorage antykwariacie .To co tam można było zobaczyć i kupić wzbudziło nasz zachwyt ,ale nie było niestety na naszą kieszeń. Antykwariusz jak się przyznał od 55 lat w branży, a 35 lat w tym miejscu zgromadził taką kolekcję wszelakiego rodzaju broni,ubrań ,malarstwa, rzeźb, ceramiki,elementów marynistycznych i etnograficznych ,że mógłby chyba założyć konkurencyjne dla miasta muzeum historii. Jak przylecicie kiedyś do Anchorage koniecznie go odwiedźcie. Naprawdę warto.

Kończąc pobyt w tym niezwykle interesującym mieście ponownie spotkała nas przygoda, której nigdy byśmy nie wymyślili.

Chcąc napić się piwa na pożegnanie pobytu w mieście skierowaliśmy nasze kroki do najgłośniejszej knajpy przy głównej ulicy. Ledwie weszliśmy do środka ,a rosły dobrze zbudowany i widać zaprawiony w bojach bramkarz zatrzymał nas i zaczął wypytywać pokazując kształt biletu lub jakiegoś papierka

Ponieważ było bardzo głośno i nie mogliśmy go zrozumieć ,a facet nie dawał szans wejścia dalej ,niezadowoleni wyszliśmy z knajpy i bez zbytnich ceregieli weszliśmy do następnej.

Tu było spokojniej ale samoobsługa, więc zamówiliśmy 2 piwa i czekamy. I tym razem barman znowu wybełkotał coś o ID nie kwapiąc się do dalszej obsługi. Od słowa do słowa w końcu zrozumieliśmy,że zanim dostaniemy nasze piwo musimy zostać wylegitymowani. Mimo,że byłem wściekły wyjąłem paszport, a wtedy barman bez mrugnięcia okiem wskazał na Józka i powiedział, żeby ten zrobił to samo. Pełna konsternacja i cisnące się na usta pytanie : co chodzi ? .Facet rzucił okiem na nasze paszporty potem na nas ,powiedział dzięki i w końcu nalał upragnione piwo. Kiedy podszedł do stolika podać nam zapłacone wcześniej napoje nie wytrzymałem i zapytałem już nieco rozluźniony o co chodzi ? Ten rozjaśnił nam temat i to dosyć precyzyjnie.

Chodzi o to ,że mieszkańcy Alaski mają olbrzymie problemy z alkoholizmem i istnieje przepis Stanowy o legitymowaniu każdego kto chciałby kupić sobie nawet 1 piwko. Mieliśmy się o tym przekonać później w super markecie gdzie chcąc kupić tylko 3 piwa na wieczór, ekspedientka w kasie zażądała paszportu i od Józka który płacił i ode mnie bo byliśmy razem. Po prostu przedszkole. Ale to nie koniec .Osoby które po alkoholu się awanturują otrzymują jak nam opowiedział nasz barman nowy dowód lub prawo jazdy z czerwonym paskiem ,a to z kolei eliminuje ich całkowicie z możliwości oficjalnego zakupu alkoholu. Ciekawi byliśmy z Józkiem jak to się ma do praw obywatelskich bo z takim dowodem znaleźć robotę raczej trudno.

Co by nie było, dobrze że u nas nie ma jeszcze czerwonych pasków w dowodach ,chociaż nie jednym by się przydały. My pożegnaliśmy się z Anchorage trzema piwkami w naszym kultowym schronisku i „bez awantur”” poszliśmy spać. Przedtem jednak zgodnie z tutejszym zwyczajem nie zapomnieliśmy zostawić po sobie pamiątkowego wpisu w najbardziej eksponowanym miejscu recepcji.

„Marzenia trzeba mieć,ale liczy się to co zrobiłeś”

My zrobiliśmy sobie super wycieczkę ,która jest wstępem do prawdziwej przygody.

Rano wylot do Nome na jacht.

Ale to już inna bajka.

Daniel Michalski

PS .Wszystkim którzy dobrnęli do końca tekstu gratuluję i obiecuję że w przyszłości będzie krócej.

Jedna odpowiedź na “PRZYSTANEK ALASKA

  1. Pozdrowienia z Kanady, bardzo ciekawe wspomnienia s tej ‚wycieczki’. Gratulujemy decyzji .. i rowniez gratulujemy przebycia ‚Northwest Passage’ razem z zaloga ‚Lady Dana 44’. Pozdrowienia dla Ryska Wojnowskiego od Iwony i Slawka z Surrey.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s