PROVIEDENIJA – PORT NASZYCH PRZYJACIÓŁ

PROVIEDENIJA – PORT NASZYCH PRZYJACIÓŁ

O tym, że z pewnym żalem, ale zgodnie z zaistniałymi warunkami oraz zdrowym rozsądkiem zmieniliśmy plany zawiadamiałem w poprzednim blogu. Zamiast dalej okrążać biegun przez Przejście Północno – Zachodnie skierujemy dziób „Pani Danki” do kanadyjskiego Vancouver, gdzie zamierzamy zakończyć nasz rejs, a jacht pozostawić na zimowanie.

Teraz kiedy od tygodnia stoimy w porcie Proviedenija w oczekiwaniu na nowe rosyjskie wizy mieliśmy dosyć czasu aby zapoznać się z Waszymi opiniami na ten temat jak i zaprzyjaźnić się z miejscowymi. Jeśli chodzi o zmianę planów to wierzcie, że jesteśmy naprawdę wdzięczni i szczęśliwi, iż mimo naszej rezygnacji z dalszego okrążania bieguna spotykamy się z tak wieloma ciepłymi i pozytywnymi opiniami. Bardzo gorąco wszystkim dziękujemy za słowa uznania, otuchy i tak ważne dla nas psychiczne wsparcie. Szczególnie dumni jesteśmy z tego, że życzenia i gratulacje ślą nie tylko nasi znajomi i przyjaciele, ale w dużej mierze osoby nam nieznane, jednak interesujące się żeglarstwem oraz naszym rejsem. Dzięki Waszym życzeniom przesyłanym od początku rejsu zawsze czuliśmy się i czujemy lepiej. Oczywiście pośród maili oraz komentarzy internetowych znajdują się także krytyczne opinie, ale jak przypomina stare powiedzenie oraz nadruk na kultowym T-shircie naszego Kapitana -„ Nobody’s perfect”/except the Captain/ 

Musimy przyznać, że do łez rozbawił nas nietuzinkowy wpis internetowy komentujący wartość naszej wyprawy, którego autor prześmiewając się z naszych celów narzeka na brak mecenatu w zakresie spełnienia jego dziecięcych marzeń. Otóż cała załoga oświadcza, że jeśli rzeczywiście podejmie się i dokona „Obskoczenia na jednej nodze gdańskiej dzielnicy Żabianka” co Go pasjonuje od dzieciństwa – to załoga Lady Dana 44 obejmie patronatem „wyczyn” Jana Rekina i zgodnie z oczekiwaniami wyposaży go w JEDEN TRAMPEK oraz zorganizuje POWITANIE NA MECIE tego spektakularnego eventu. Na marginesie warto dodać, że my swoje marzenia realizujemy za własne pieniądze i własnymi siłami.:)

Wracając do rejsu.

Wchodząc do Proviedenija liczyliśmy się z maksymalnie 2-3 dniowym postojem, bowiem nasze stare rosyjskie wizy już się skończyły, a nowe konieczne do odprawy z terytorium Rosji były już w załatwianiu. Dokumenty miały dotrzeć lada dzień statkiem z „pobliskiego”/200Mm/ Anadyru – stolicy Czukotki, ale jak to w Arktyce bywa wszystko się może zdarzyć. Statek nie przypłynął, bo był sztorm, samolot nie przyleciał, bo był wiatr, a my nie wiedzieliśmy co będzie, bo nikt tego nie wiedział. W ten właśnie sposób zamieniliśmy planowany krótki przystanek w tygodniowy postój, który z perspektywy czasu okazał się „strzałem w dziesiątkę”.

W przeciwieństwie do Peveku tutaj od samego początku wszystko układało się pomyślnie.

Ale po kolei.

Wyobraźcie sobie noc tak ciemną że przysłowiowa „czarna d……” to przy tym „Pikuś”. A nawet „Pan Pikuś”. A tu właśnie jak na ironię mamy podchodzić do portu. Wiatr nie wiadomo skąd świeży, silny, dający 7,5 węzełka na logu i my pod pełnymi żaglami w otoczeniu bliskich, niewidocznych dla oka, ale widzianych przez radar i zaznaczonych na mapie brzegów i wzgórz. Krótko mówiąc „Ciemno,wieje i można przyrżnąć w keję”.Normalnie w takich warunkach przy złej widoczności i nieznajomości portu korzystniej jest poczekać do świtu aby było bezpieczniej, ale fiordy są głębokie, a radar działał.

Kiedy wychodziłem na wachtę wokół królowały „Egipskie ciemności”, a wilgotne powietrze okrywało nas niczym czarną mokrą kołdrą. Przejmując obowiązki od Lecha i Czarka trudno mi się było „wkleić” w ten obraz do tego stopnia, że mimo wcześniejszego przejęcia wachty przyzwyczajałem wzrok jeszcze na początku swojej. Ale co tam wzrok. ”Pani Danka” halsuje pod brzeg jak szalona i trzeba szybko podejmować decyzję kiedy zwrot. Problem tylko taki że ni chu chu nic, a nic nie widać, a my musimy zdobyć na tyle dużą wysokość aby po zwrocie jednym halsem wjechać przez wąskie gardło do portowej zatoki. Jadę więc z duszą na ramieniu i nosem na chartploterze w przeciwny brzeg i liczę w duchu na cud, że może w końcu coś zobaczę. (oczywiście pod pokładem kapitan też wpatrzony w plotter i radar). No i jak myślicie co było dalej? Dalej było jak w bajce. W jednej chwili „opadła mokra kołdra”, a powietrze stało się przejrzyste. Zobaczyłem brzeg i kontury otaczających nas wzgórz i odetchnąłem z ulgą. Po zwrocie jednym sprawnym halsem wjechaliśmy do zatoki i na żaglach dojechaliśmy niemalże do przystani. Dzięki pogranicznikom i marynarzom ze stojącego przy pirsie holownika uzyskaliśmy przez UKF- kę informację gdzie zacumować oraz pomoc w naprowadzeniu. Tak szczęśliwie rozpoczęła się nasza przygoda w porcie Proviedenija – jak się miało później okazać porcie naszych przyjaciół.

Rano po zasłużonym odpoczynku /musieliśmy wszakże” podsumować” kolejny etap rejsu oraz rozpocząć obchody urodzin kapitana/ przywitała nas kontrola graniczna. Było sprawnie, szybko i co najważniejsze obyło się bez jakichkolwiek problemów wynikających z braku posiadania przez nas ważnych wiz. Stare skończyły się kilka dni wcześniej z powodu przedłużającego się postoju w Dikson. Tym razem wystarczyły nasze wyjaśnienia oraz zapewnienie, że nowe wizy są już w załatwianiu, aby otrzymać zgodę na postój oraz odwiedziny w miasteczku.Na tym przykładzie widać, że dużo się w Rosji zmienia, ale i tak najważniejsi są ludzie.

ZDJ 1

Do ludzi zresztą mieliśmy w tym porcie wyjątkowe szczęście.:)

Wystarczyła pierwsza mała wycieczka po okolicy aby nawiązać znakomite kontakty z miejscowymi. W wyniku okazjonalnej rozmowy z napotkanymi przypadkowo mężczyznami już pierwszego wieczoru gościliśmy na pokładzie Grigorija i Witalija, przedstawicieli dużego przedsiębiorstwa przemysłowego realizującego naCzukotce rewitalizację byłych terenów wojskowych. Podobnie było z Igorem i Angelą. Zaciekawieni obiektami sportowymi usytuowanymi w centrum miasteczka wstąpiliśmy z Lechem do Centrum Sportowego „Kaskada”, gdzie w holu wejściowym natknąłem się na zdjęcia członków miejscowego klubu narciarskiego. Nie minęło parę minut i zostaliśmy przedstawieni Igorowi kierownikowi klubu i głównemu trenerowi narciarstwa zjazdowego w Proviedenija. Z powodu mojej profesji, także związanej z narciarstwem, rozmowy potoczyły się „szybko i na temat”, a zaproszenie na jacht zostało przyjęte z zadowoleniem. Zarówno Grisza z Witią, jak i Igor z małżonką Angelą przybyli na jacht z takimi „darami”, że wieczór przedłużył się niespodziewanie do rana.:)

ZDJ 2

Długie Polaków z Rosjanami rozmowy były na tyle przyjacielskie i interesujące, że następnego dnia zostaliśmy zaproszeni przez Grigorija na wycieczkę do osady Eskimoskiej „Nowe Czaplino” oraz przez Igora na wieczornego grilla w prowadzonej przez niego bazie narciarskiej. Wizyta w wiosce Eskimoskiej oddalonej od Proviedenija 18km była niezwykle ciekawa. Zresztą sam dojazd po specjalnie zbudowanej do wioski drodze dostarczył nam wielu wrażeń i okazji do niepowtarzalnych zdjęć. Zamieszkujący Nowe Czaplino Eskimosi i częściowo Czukcze przenieśli się ze starej osady umiejscowionej tuż obok przylądka Czaplino za sprawą silnych sztormów i lodów, bez końca niszczących ich domostwa i przystań.

ZDJ 3

Wybudowane w 2009 roku przez Kanadyjczyków nowe osiedle to już całkiem nowa jakość w życiu miejscowych. Zarówno pojedyncze domostwa przypominające solidne domki kempingowe/ok 50 szt/ jak i stosunkowo duża szkoła, obiekty komunalne i kotłownia są zbudowane w nowoczesnej technologii i w znaczny sposób podnoszą komfort życia i pracy mieszkańców. O ich życiu, pracy i nauce opowiedział nam dyrektor miejscowej szkoły, który przyjął nas bardzo ciepło i udzielił wszelkich wyjaśnień. Nas oczywiście ciekawiło wszystko ale nie sposób Wam tego przytaczać. Interesujące moim zdaniem jest między innymi to, że w związku z tradycją miejscowi nadal mogą oficjalne polować na wieloryby jednak w ograniczonym zakresie. Osada licząca ok.450 mieszkańców może upolować maksymalnie 4 wieloryby rocznie z czego pierwszy i ostatni przeznaczony jest dla mieszkańców wioski, a dwa środkowe przekazuje się do innych mniejszych przysiółków. Wieloryby „rozbiera” się jak przed wiekami na brzegu wioski w obecności wszystkich zainteresowanych, a mięso dzieli się zgodnie z przydziałami.

ZDJ 4

Poza tym życie toczy się wolno i spokojnie. Ze względu na duży problem z alkoholem dostęp do trunków jest ograniczony i można je kupić jedynie w piątek po południu. Dzieci których jest raptem 65 uczą się w klasach 7-9 osobowych w prawdziwie komfortowych warunkach. Kiedy zwiedzaliśmy po kolei wszystkie gabinety, salę gimnastyczną, stołówkę, a nawet super nowoczesną niezależną kotłownię byliśmy pod prawdziwym wrażeniem. W ramach podziękowania nasz zawodowy podróżnik Michał Kochańczyk wygłosił naprędce krótką prelekcję o naszym rejsie „i nie tylko” dla wszystkich uczniów i personelu szkoły. Nie trzeba było długo czekać aby po 20 minutach zostać zaproszonym na mini występ miejscowej młodzieży i nauczycieli prezentujących ludowe tańce eskimoskie. Niestety część naszej ekipy musiała wracać wcześniej więc na filmie w rolach eskimoskich tancerzy wystąpili tylko „Misiek” i Czarek. Długo by pisać o gościnności i otwartości miejscowych, niemniej warto podkreślić ich wyjątkową bezinteresowność.:)

ZDJ 5

Powrót do Proviedenija, jakkolwiek tą samą drogą, dostarczył ponownie wielu niezapomnianych wrażeń. Grigorij zawiózł nas w drodze powrotnej na przeciwległy brzeg zatoki w której staliśmy jachtem aby pokazać efekt jego kilkumiesięcznej pracy. Jak wspominałem firma, w której jest jednym z kierowników zajmuje się przywracaniem do stanu pierwotnego dawnych terenów wojskowych. Teraz kiedy o zimnej wojnie pamięta tylko historia, a kraj ma inne priorytety, potężne instalacje wojskowe są już nie tylko niepotrzebne, ale dodatkowo szpecą krajobraz i zajmują atrakcyjne działki. Wojsko, które wyprowadziło się stamtąd w 2000 roku pozostawiło nie tylko całe miasto z wszelkimi komunalnymi instalacjami ale także potężną ilość wojskowych obiektów. Uprzątnięty obszar który nam pokazał to tylko 25 hektarów zabudowanych pierwotnie 68 budynkami i niezliczoną ilością starego sprzętu wojskowego. W proporcji do tego co jeszcze trzeba uprzątnąć to jakieś 30%. Nie dziwota – w miejscu, które odwiedziliśmy stacjonowała od 1958 roku Armia Generała Rokossowskiego w liczbie i tu uwaga ! 70 tys żołnierzy. Sam fakt, że możemy być w takim miejscu, jeszcze 15 lat temu całkowicie niedostępnym dla obcokrajowców, pokazuje jak bardzo się Rosja zmienia.

ZDJ 6

Wieczorem zgodnie z zaproszeniem gościliśmy, wprawdzie w okrojonym składzie, ale za to z naszym kapitanem Ryśkiem na grillu w Stacji Narciarskiej. Igor, Angela, a także inni członkowie klubu przygotowali przemiłe przyjęcie opowiadając o swoich narciarskich dokonaniach. Jak to zwykle bywa spotkanie nabrało rozpędu i „bazę” przenieśliśmy na jacht, aby wspólnie pośpiewać przy gitarze. Nie wiem dokładnie jak to się skończyło, ale wiem na pewno, że Igor wziął następnego dnia „wolne”, a Angela załatwiła w pracy zastępstwo.;D

Mimo, że czas upływał, nasze wizy nadal nie dopłynęły i chciał nie chciał musieliśmy dalej czekać!

Znakomita pogoda natchnęła mnie do zorganizowania „ekspedycji” na wierzchołek góry u podnóża której leży port i miasto Proviedenija. Na wyprawę oprócz mnie zgłosiła się doborowa obsada w postaci „Misia” Michała Kochańczyka oraz Pawła. Jako pomysłodawca objąłem stanowisko lidera wyprawy bez głosowania, ale też bez protestów. Zaraz po śniadaniu ruszyliśmy w pięknym słońcu na koniec miasteczka, aby stamtąd rozpocząć „wspinaczkę” granią masywu. Po drodze odwiedziliśmy miejscowy cmentarz oraz pomnik upamiętniający wizytę w porcie Proviedenija Vitusa Beringa. Tego samego, którego imię nosi morze opływające naszą zatokę. Cmentarz położony na klifowym brzegu u wyjścia z zatoki wydaje się najpiękniej położonym cmentarzem jaki dotąd widziałem. Niestety zaniedbany i jakby pozostawiony sobie i przyrodzie niszczeje z roku na rok.:(

Interesującym faktem był w zdecydowanej większości młody wiek pogrzebanych na nim mieszkańców osady. Wyjaśnił mi to później nasz następny przyjaciel Sasza opowiadający o wielkim problemie alkoholowym wśród mieszkańców Czukotki. Ekspedycja zakończyła się pełnym sukcesem i w brawurowym stylu mimo „ostrych podejść” oraz tzw „momentów” zdobyliśmy szczyt któremu, jako pierwszy polski zdobywca nadałem zaszczytną nazwę „Mount Pusia”. Nazwa nie jest przypadkowa, związana z Moją Kochaną Żoną, której zdobywanie było okupione nie mniej ekstremalnymi momentami.:) Wejście warte było trudu, bowiem widok, który ujrzeliśmy z wierzchołka był niepowtarzalny. Myślę, że zdjęcia będą dużo lepsze od mojego opisu. Po szczęśliwym powrocie na jacht znowu niespodzianka. Marynarze ze stojącego obok holownika zaproponowali kąpiel w ich statkowej łazience, a oprócz tego dali prąd i wodę do picia, bo nasza się już skończyła.

I jak tu się nie cieszyć?! Kiedy nieco zdesperowani brakiem słodkiej wody w zbiornikach „Pani Danki” zwróciłem się z tym problemem do wspomnianego wcześniej Saszy, kolegi Igora i Angeli ten rozwiązał nasz problem w ciągu 2 godzin. Sam zorganizował beczki oraz wiadra po czym bez naszej pomocy pojechał parę kilometrów za miasto aby z górskiej rzeczki nabrać nam czystej niczym źródlanej wody. Wiem dokładnie, bo za drugim razem pojechałem z nim i byłem świadkiem jak samemu ponad 250 litrów wody zatankował do przywiezionych pojemników. Widząc jego szczerą chęć pomocy i satysfakcji z tego byłem prawdziwie wzruszony. W oczekiwaniu na wizy prawie codziennie odwiedzani byliśmy przez naszych przyjaciół albo na odwrót i za każdym razem otrzymywaliśmy pomocną dłoń. Angela i żona Saszy Inka wzięły do prania nasze najbardziej niezbędne odzienie, a ich mężowie organizowali dla nas świeżą rybę. Jednego wieczoru otrzymaliśmy w prezencie całe wiaderko wspaniałego kawioru z łososia.

Na pożegnalny wieczór ponownie spotkali się z nami Grisza i Witia przywożąc taką ilość różnego jedzenia, że moglibyśmy jak sądzę dojechać na tym do Polski. 50 litrowa beczka wspaniałej kiszonej kapusty obrazuje skalę tej „dostawy”, ale jeśli dodam całe kartony kaszy, zup jednorazowych, ogórków, konserw mięsnych, worki ziemniaków różnego rodzaju ekstarsów to i tak wszystkiego nie wymienię. Na kolację przyjechali z przygotowanymi specjalnie przez ich kucharza sałatkami i paletą piwa nie wspominając o fantastycznych nastrojach i wielkiej życzliwości. Nikt z nas nie wiedział kiedy przylecą lub przypłyną wizy, ale oni jakby wiedzieli przyjeżdżając na ostatni wieczór. Było znakomicie i co najważniejsze zacieśniliśmy znajomości. Wspólnie z Ryśkiem uważamy, że skorzystają z naszego zaproszenia do Polski. Bardzo byśmy chcieli choć w części zrewanżować się za ich serdeczność i pomoc!

Rano piękna pogoda i znakomita informacja – samolot z naszymi wizami na pokładzie wystartował.Spóźnił się wprawdzie o ponad 4 godziny, jednak niedługo po wylądowaniu wizy, wraz z przedstawicielami służb granicznych i celnych pojawiły się na pokładzie.

Jak wcześniej przemiła, fachowa odprawa, życzenia udanego rejsu i możemy płynąć. Nie zdążyliśmy się nawet pożegnać z Igorem, Angelą, Sasza, Inką a już trzeba wychodzić w morze. Myślę, że nam wybaczą bo właśnie dzięki nim PROVIEDENIJA to PORT NASZYCH PRZYJACIÓŁ!

Daniel Michalski

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s