Pevek, Tara i Gitara – 7.09.2013 r.

PEVEK, TARA i GITARA, 

7.09.2013 r.

Witajcie!:)

Dzisiaj postanowiłem,że kolejne pisane przeze mnie blogi będą opatrywane tytułami. Pomysł spontaniczny jednak od razu zaakceptowany przez załogę. Zamiast pisać obok daty „ W drodze z X do Y” będę używał tytułu kojarzącego się z miejscem i wydarzeniami. Ponieważ tych ostatnich coraz więcej, spieszę z wiadomościami.:)

Pevek do którego zawinęliśmy wczoraj nad ranem po 16 dniach żeglugi i przebyciu non stop 1850 Mm był przez nas bardzo oczekiwany. Nie tylko, jak się domyślacie, z powodu chęci odpoczynku po lodowych przygodach, ale przede wszystkim w związku z koniecznością naprawy silnika oraz próbą wcześniejszego odprawienia się z terytorium Rosji.Te dwie sprawy spędzały nam sen z powiek od wielu dni. Pierwsza, czyli poważne kłopoty z silnikiem ciągnęła się od przejścia Cieśniny Wiklickiego, a związana była z wodą zaburtową dostającą się do zbiornika paliwa przez wyprowadzone na pokład odpowietrzenie. Pomieszane ze słoną wodą paliwo dostawało się do silnika w wyniku czego wtryskiwacze odmówiły współpracy. Chociaż już w morzu podjęliśmy wstępną próbę naprawy, niestety bez powodzenia, mieliśmy nadzieję na uporanie się z tym problemem w warsztacie mechanicznym w Peveku. Druga, dotycząca wcześniejszej odprawy granicznej z Rosji, także trzymała w napięciu.

ZDJ 1

W myśl obowiązujących przepisów portem wyjścia /czytaj przekroczenia granicy/ dla naszego jachtu ma być port Provideniya w cieśninie Beringa, lecz po radiowym kontakcie z TARĄ pojawiła się szansa na wykorzystanie obecności Francuzów i razem z nimi zrobienia odprawy granicznej w Peveku. Zważywszy na trasę jaką mamy jeszcze do przebycia takie rozwiązanie skróciłoby naszą trasę o 600 Mm i bardzo by nam ułatwiło żeglugę.

NIESTETY! Mimo naprawdę dużych poświęceń – polegliśmy na obu frontach.:( Jednak żeby nie było tak smutno muszę dodać, że ostatecznie pobyt w Peveku będziemy wspominać miło i jak myślę bardzo długo,bowiem niepowodzenia w tematach służbowych nadrobiliśmy w kontaktach osobistych.

Ale po kolei.

Zaraz po zacumowaniu, notabene dokładnie w tym samym czasie co wspomniany wyżej francuski jacht badawczyTARA, rozpoczęliśmy obowiązkowe odprawy i szukanie pomocy w sprawie naszego silnika. Muszę przyznać, że kolejne służbowe wizyty z Kapitanatu Portu, Policji i Pograniczników przebiegały w bardzo przyjaznej atmosferze i byliśmy pełni nadziei,że ostatnia ekipa mająca uprawnienia do naszej odprawy granicznej z Peveku będzie równie bezproblemowa. I jak myślicie, udało się? Niestety „Kicha” !!!

W momencie jak na pokład weszło trzech perfekcyjnie umundurowanych funkcjonariuszy Rosyjskiego WOP w czapkach wielkości BIG PIZZA z minami srogich DESPERADOS wiedziałem, że nie będzie łatwo. No i nie było.:( Po krótkim przedstawieniu się z ich strony jako specjalnej ekipy kontrolującej przejścia graniczne Rosyjskiej Federacji wiedziałem od razu, że może prywatnie to by nas odprawili, ale z mocy urzędu i swoich zależności tego nie zrobią i zrobić nie mogą. Wizyta trwała 10 minut i mimo dyplomacji Ryśka, ruskiej melodii w podkładzie z taśmy i mojego tłumaczenia, że my tacy sami jak TARA – „NASZ MISTERNY PLAN POSZEDŁ W P……….”. Na koniec kilka grzeczności i mała uwaga Rosjan, że gdybyśmy mieli takie papiery jak TARA to oni by nas odprawili nawet na księżyc ale ponieważ „bumagi” brak mamy „doginać” do Provideniya bo tam już na nas czekają.

No i co byście zrobili? Wiem ! Dalibyście radę. Przecież „Nie takie problemy ze szwagrem po pijaku rozwiązywaliście”. My też. Pożegnaliśmy pograniczników i zajęliśmy się silnikiem.

W tej sprawie uderzyliśmy do samego Dyrektora Portu Pevek Vadima Wasiliewicza, od 38 lat związanego z portem na wszystkich szczeblach zawodowej kariery. Rozmowa była krótka, za to konkretna. Nic nam nie mógł pomóc w sprawie odprawy granicznej niemniej w temacie silnika jak najbardziej. ”Natentychmiast” zawezwał naczelnego inżyniera portu i po godzinie mieliśmy na pokładzie jachtu – Walerego portowego mechanika wyznaczonego do przeglądu naszego silnika. Walery pochodzący z Królewca przyjechał do Peveku jak wielu Rosjan za pieniędzmi. Choć zamierzał tylko nieco zarobić i szybko wrócić do domu to od 25 lat nie może się rozstać z Arktyką.

Skierowany do naprawy silnika zajął się diagnostyką bez zbytnich ceregieli. Po odkręcaniu kolejnych przewodów dolotowych paliwa do wtryskiwaczy stwierdził jednoznacznie, że te ostatnie szwankują i musi je poddać kontroli na warsztacie.

W jej wyniku okazało się, że wszystkie wtryskiwacze „leją” czyli przepuszczają paliwo zamiast je rozpylać i są bezwzględnie do wymiany. O dziwo, a powinienem napisać dokładnie tak samo zdiagnozował usterkę wtryskiwaczy nasz Kapitan tyle, że bez warsztatu i urządzeń, a jedynie po rozkręceniu pokrywy i oględzinach jednego z nich. Nie ma się z resztą co dziwić. Rychu to inna półka – inżynier mechanik „w stanie spoczynku” ale jak trzeba to „klei bez poprawki.”

W czasie kiedy przeprowadzane były próby wtryskiwaczy załoga nie próżnowała. Szczególnie Lechu nasz Kapitan-Kuk zajęty uzupełnianiem zapasów przepadł w miejskiej gęstwinie w poszukiwaniu zagrychy i piwa. Kiedy powrócił uznał, że na zakupy przydałby się nam ktoś z samochodem, bo przy naszych możliwościach targanie tego zaopatrzenia mogłoby się skończyć przepukliną. Nie mógł lepiej trafić. Zrządzeniem losu w warsztacie gdzie prowadzono próby wtryskiwaczy pracował Wowa .Ten sam Wowa, spotkany przez Monikę Witkowską w czasie jej rejsu na szwedzkiej Annie przez przejście Północno -Zachodnie w 2011 roku i opisany przez nią w książce „Kurs Czukotka”.

Znakomity, uczynny, a przede wszystkim przyjacielski i bezinteresowny dwudziestoośmiolatek zaoferował pomoc i własny samochód. Dzięki niemu przez ponad 2 godziny objeździliśmy całe miasto, stację benzynową, kilka sklepów i magazynów, a na dodatek dowiózł nam ten „lichy towar” na jacht nie chcąc nic w zamian. Było to dla nas naprawdę wzruszające. Chcąc się chociaż częściowo zrewanżować zaprosiliśmy Wowę i Walerego na wieczorną imprezę.

Przy tej okazji muszę dodać, że zakupy w towarzystwie Lecha to nie przelewki. Najważniejszy jest wprawdzie towar, ale zaraz po nim ekspedientka. Spragnieni po długim rejsie kobiecych spojrzeń trafiliśmy w Peveku na wyjątkową „SEKSPEDIENTKĘ”, której znakiem szczególnym był kolorowy tatuaż na lekko sfalowanym odkrytym brzuszku powyżej mocno zaciśniętego paska. Nie pisałbym o tym, bo cóż, nie jeden tatuaż widziałem, ale zafalowanie wprawiało ów tatuaż w takie drgania, że obraz wychodził niczym trójwymiarowa pocztówka. I jak nie wybaczyć Lechowi przedłużających się zakupów?:D Podobno, a wiem to z wiarygodnych źródeł ominęła mnie z Lechem najlepsza „SEKSPEDIENTKA”w Peveku pracująca na poczcie. Opowiadano nam, że zawieszony na jej szyi złoty łańcuszek z krzyżykiem ściągał wzrok i zainteresowanie petentów nie tyle z powodu wysokiej próby złota czy misternej roboty co z faktu, że trudno go było wypatrzyć w wyjątkowych walorach kobiecej urody. I jak tu nie wysyłać kartek do domu?;P

Kiedy po zakupach i akcji z silnikiem wracaliśmy na pokład jachtu podeszliśmy do zacumowanej nieopodal TARY. Ten aluminiowy olbrzym prawie dwukrotnie dłuższy i szerszy od naszej „PANI DANKI” robi wrażenie na każdym, a na żeglarzach szczególnie. Zbudowany w 1989 roku jako ANTARCTICA – ekspedycyjny jacht do wypraw polarnych ma bogatą, ale też tragiczną historię. Na jego pokładzie w roku 2001 zginął z rąk piratów u ujścia Amazonki jeden z najbardziej znanych żeglarzy regatowych świata Sir Peter Blake. Później jacht pod innymi nazwami pływał w wyprawach polarnych na północy i południu, by od kilku lat być własnością francuskiego przedsiębiorcy i stacjonować w Lorient we Francji. Teraz kiedy go oglądamy ma na pokładzie 3 zawodowych żeglarzy z kapitanem na czele plus 11 naukowców realizujących na rządowe zlecenie badania mórz i arktycznego oceanu. Jako statek badawczy posiada olbrzymie zaplecze do wykonywania pomiarów usytuowane na rufie oraz niezliczoną ilość większej lub mniejszej aparatury. Jego wymiary, 36 metrów długości i 10 szerokości robią wrażenie. Niemalowany, obły aluminiowy kadłub oraz futurystyczny kształt nadbudówki w formie przeszklonego odwróconego talerza, a także dwa wysokie na 27 metrów maszty nadają mu niepowtarzalnego charakteru.

ZDJ 2

Zauważeni przez załogę zostaliśmy z Lechem zaproszeni na pokład TARY gdzie przywitano nas bardzo ciepło. Nie wiem czemu to zawdzięczać, ale wydaje się, że naszych francuskich kolegów bardzo intrygowało kim są Ci Polacy, którzy nie bacząc na lody i fakt, że mają dwukrotnie mniejszy jacht odważnie poprowadzili trasę przez Cieśninę Wiklickiego nie dając się wyprzedzić takiemu potworowi jak TARA. Po kieliszku wspólnie wypitego anyżowego napitku i wymianie grzeczności, całą załogę zaprosiliśmy w rewanżu na wieczorną imprezę. Imprezę tę zapamiętamy bardzo długo i to nie z powodu francuskich skądinąd miłych żeglarzy, ale dzięki gościnności i szczodrości naszych rosyjskich przyjaciół. Znani już Walery i Wowa przybyli na zaproszenie nie tylko punktualnie, ale z pełnymi siatkami jedzenia i picia. „Specjalnością zakładu” okazał się najwyższej klasy samogon reklamowany przez producenta jakobezproblemowy i powszechnego użytku. Wystawiony w dwulitrowej plastikowej butelce po kwasie chlebowym zwrócił uwagę i wzmógł niepokój przede wszystkim Francuzów.:D

Jak zostaliśmy zapewnieni, towar najwyższej klasy z opóźnionym działaniem, bez skutków ubocznych jednokrotnej destylacji był już w użyciu nie raz i „dawał radę”. W odpowiedzi na pytanie, czy przypadkiem nie będzie nas bolała głowa usłyszeliśmy szczerą odpowiedź, że z pewnością głowa nie natomiast kości owszem.;P Nie przeczuwając niczego złego w opisie skutków/ kości nas bolą i tak z powodu wieku  / przyjęliśmy zaproszenie do wspólnej degustacji bez obaw. Impreza rozkręciła się na naprawdę wysokie C, a wymieniona w tytule GITARA była w użyciu parę godzin.:)

Nie wiem dokładnie ile bo mówiąc szczerze „TOWAR NIE TRZYMAŁ PARAMETRÓW” i nad ranem moja głowa ściskana była niczym w ogromnym imadle. Spoglądający na mnie z politowaniem mniej zaangażowany w degustację Michał Kochańczykskwitował to nowym i celnym hasłem: PEWEK, SAMOGON i ZGON. Po orzeźwiającej kąpieli w warsztatowej łaźni uWalerego wszyscy, a szczególnie ja wróciliśmy do formy.:) Cóż było dalej robić ? Cichutko, bez wielkich pożegnań, tylko na żaglach odeszliśmy od pomostu kierując „Panią Dankę” na wschód.

Co nas czekało dalej, a wierzcie, że CZEKAŁO dowiecie się w następnym blogu!;)

Pozdrowienia!

Daniel Michalski

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s