Rejs jakich mało

8 grudnia 2020 0 By Admin

Wstęp

Na przełomie marca i kwietnia bieżącego roku wspólnie z grupą przyjaciół odbyliśmy niecodzienny rejs żeglarski. Rejs który w planach miał być jedynie tygodniową wycieczką po atrakcyjnych turystycznie Wyspach Azorskich na Atlantyku zamienił się z powodu pandemii korono wirusa w miesięczną włóczęgę po trudnych i burzliwych wodach Oceanu Atlantyckiego Kanału Angielskiego, Morza Północnego i Bałtyku. Co takiego się zdarzyło i dlaczego postanowiłem opisać nasz jedyny w swoim rodzaju rejs dowiecie się Państwo z tekstu poniżej, niemniej już na wstępie pragnę podkreślić że prawdziwymi bohaterami tej nietuzinkowej przygody były przede wszystkim nasze żony i to ich wspaniała postawa jest przyczyną zgłoszenia naszego rejsu do konkursu.

Azory – świetny wybór

Kiedy latem ubiegłego roku planowałem swoje żeglarskie wakacje na sezon 2020 z prawdziwą satysfakcją przystałem na propozycję mojego przyjaciela i armatora jachtu „Lady Dana 44” Ryszarda Wojnowskiego aby skorzystać z jego jachtu będącego w tym okresie w trakcie wyprawy na Grenlandię i w ramach jednego z etapów rejsu zwiedzić archipelag Wysp Azorskich na Atlantyku .
Ponieważ nigdy wcześniej na Azorach nie byłem, a uroda wysp i ich nautyczne znaczenie zawsze mnie interesowało propozycja była nie do odrzucenia. Pozostało jedynie zgromadzić załogę i ruszyć w świat.

Najważniejsi są ludzie

Jako, że z Ryśkiem przyjaźnimy się rodzinnie od lat i razem przepłynęliśmy już „ pół świata” uzgodniliśmy, że skoro ma to być urlop na „najwyższym poziomie” to tylko w najlepszym składzie. Wobec powyższego dokooptowaliśmy do naszych dwóch par / na urlopy pływamy z żonami Danusią i Kasią / następną najbardziej zaufaną parę z którą przyjaźnimy się lata i wspólnie wyjeżdżamy i na żagle i na narty. Para medyków w osobie Beaty i Mirka wprawdzie odbyła już z nami parę rejsów niemniej najbardziej liczyła na turystyczne aspekty wyprawy Dodatkowo, w rejsie wziął udział znany nam wszystkim i sprawdzony na wielu rejsach – opiekun jachtu, super doświadczony żeglarz i znakomity kuk Lechu . W składzie ekipy znalazło się więc 4 starszych panów wszyscy +60 w tym trzech z dużym doświadczeniem żeglarskim oraz 3 przemiłe eleganckie i odpowiednio dojrzałe panie z doświadczeniami niekoniecznie morskimi ale przy mężach – morskich wilkach. Ta zgrana i znana sobie ekipa zamierzała wspólnie wypocząć pod żaglami zwiedzając jedne z najbardziej zielonych wysp na Atlantyku

Obiecujący plan.

Jeszcze w lutym bieżącego roku jako główny koordynator turystycznej strony naszej wyprawy nic nie przeczuwając planowałem interesującą trasę oraz przygotowałem atrakcje turystyczne, których mielibyśmy być świadkami. Porozumiałem się nawet mailowo z polską blogerką mieszkającą od kilku lat na Azorach z nadzieją, że opowie i pokaże nam wyspy od podszewki. Im bliżej było daty wyprawy, a mieliśmy wylecieć 10-go marca tym atmosfera się zagęszczała. Zarówno w Polsce jak i na świecie głównym tematem stawała się epidemia i jej następstwa. W przestrzeni medialnej lekko pachniało problemami, ale nie było to jeszcze nic tak groźnego i niepokojącego aby nas wystraszyć. W końcu bilety mieliśmy w kieszeni, czas na urlop zarezerwowany, a w Portugalii do której Wyspy Azorskie należą ognisk zapalnych jeszcze nie stwierdzono . Nie naginając więc na siłę rzeczywistości, zdecydowaliśmy się i ruszyliśmy na nasz upragniony urlop. Na lotnisku w Warszawie było jednak widać, że coś jest nie tak. W sali odlotów pustki, wiele lotów odwołanych i generalnie mały ruch. Nie można tego powiedzieć o Lizbonie. Tam wszystko po staremu, może trochę mniejszy ruch ale generalnie bez paniki. Jeszcze lepiej wyglądało to w Ponta Delgada na Wyspie San Miguel dokąd dolecieliśmy i gdzie czekał na nas jacht. Uspokojeni postawą lokalesów i żądni wakacyjnych przygód dotarliśmy taksówką z lotniska na jacht w super nastrojach.

Wypływamy

Jako doświadczony żeglarz i przewodnik wyprawy, pierwsze co zrobiłem po przybyciu na jacht to sprawdziłem pogodę. Wynikiem tego była strategiczna decyzja o wyborze konkretnej wersji naszego planu. Zakładał on żeglowanie przy sprzyjających wiatrach do najdalej położonej wyspy którą chcieliśmy odwiedzić, a była to wyspa Flores i w drodze powrotnej odwiedzanie kolejnych objętych programem miejsc. Ambitny plan przewidywał pokonanie w ciągu 8 dni ok 600 Mm i zwiedzenie 4 wybranych wcześniej wysp. Ponieważ zapowiadana pogoda na następny dzień nie była słoneczna, a wiatry mieliśmy sprzyjające zrobiliśmy jedynie małe zakupy i ruszyliśmy w drogę. Dla formalności dodam, że w drodze przyjacielskich wyborów na skippera wyprawy wybraliśmy opiekuna jachtu – Lecha, jedynego pana bez małżonki na jachcie, człowieka który załatwi wszystko i wszędzie, doświadczonego kapitana ale przede wszystkim świetnego kuka . Wybór okazał się wyjątkowo trafny bo pomijając kompetencje żeglarskie już po pierwszym wieczorze i wystawnej kolacji wiedzieliśmy, że na tym rejsie z pewnością nie schudniemy.
Właśnie w takiej wakacyjnej atmosferze przyjaźni i nadziei na przygodę ruszyliśmy w kierunku wyspy Flores. Oddając cumy w Marinie Ponta Delgada nie mieliśmy bladego pojęcia, że to początek prawdziwej oceanicznej włóczęgi, a większość załogi poza 2 osobami nie opuści pokładu jachtu nawet na moment przez następne 30 dni. Warto dodać, ze wszyscy zabraliśmy na rejs ograniczoną liczbę rzeczy osobistych i ubrań związaną z krótkim pobytem i turystycznym charakterem wyjazdu. W końcu miała to być czysta rekreacja. Nasze żony ale również część męskiej załogi w miejsce sztormiaków ,kaloszy i ciepłej bielizny zabrały lekkie ubrania ,klapki i szykowne ciuszki na wypadek jakiegoś niespodziewanego udziału w bankiecie. Można sobie to wyobrazić bo cały nasz osobisty ekwipunek mieścił się w tzw. bagażu podręcznym. Tak wyposażeni ruszyliśmy z uśmiechem na podbój Wysp Azorskich

Problemy w zasięgu wzroku

Po całonocnej żegludze w trakcie mijania pierwszej napotkanej wyspy będąc w zasięgu łączności komórkowej sprawdziliśmy internet i o zgrozo dowiedzieliśmy się, że władze Azorów wprowadzają ograniczenia w ruchu portów i prawdopodobnie zamkną wszystkie porty dla przybywających z morza obcych jednostek. Chcąc to sprawdzić zmieniliśmy kurs i skierowaliśmy dziób „Lady Dany” do Horty znanego portu na wyspie Faial . Niestety otrzymane informacje potwierdziły się, a kapitanat portu, z którym mieliśmy kontakt przez UKF-kę cofnął nas informując o bezwzględnym zamknięciu portu. Wobec takiego obrotu sprawy uznaliśmy, że skoro wypłynęliśmy z Ponta Delgada i nigdzie potem nie zacumowaliśmy to port ten bez problemu przyjmie nas z powrotem i umożliwi pozostawienie jachtu, a załodze powrót do domu samolotem. Mieliśmy przecież bilety powrotne do Polski właśnie z tego miejsca. Niestety ten scenariusz także się nie powiódł. Po półtoradniowej powrotnej żegludze do Ponta Delgada miejscowy kapitanat bez zbędnych uprzejmości postawił nas na kotwicy na zewnątrz basenu portowego nie dając szans na postój w marinie. Po niedługim czasie zawiadomili nas, że nie ma powrotu na wyspę i jeśli chcemy czekać na rozwój sytuacji to na kotwicy na redzie portu.
Cóż, było robić ? Rzuciliśmy kotwicę i czekaliśmy. Trudno było coś przewidzieć więc miny mieliśmy nie tęgie. W sumie po kilku godzinach postoju i sprawdzeniu pogody oraz przeanalizowaniu alternatywnych planów stwierdziliśmy że nic tu po nas bo i tak nikt nie wie ile będziemy musieli stać na kotwicy i czy w ogóle wpuszczą nas na wyspy. Dodatkowo docierające do nas informacje o rozprzestrzenianiu się epidemii były coraz gorsze co tylko pogłębiało nas pesymizm co do otwarcia portów.

Zmiana planów – płyniemy do Lizbony

W końcu decyzja zapadła – płyniemy na kontynent do Lizbony, może tam pozwolą zacumować ,a załodze bez przeszkód wrócić do domu. Najbardziej zawiedzione i przestraszone sytuacją były nasze panie . Nie planowały przecież pływania po otwartym oceanie i w dodatku bez pewności ,że w razie sztormu mamy się gdzie schować. Trzeba przyznać, że decyzję przyjęły godnie. Żeby wrócić potrzebowaliśmy zaopatrzenia. O to poprosiliśmy kapitanat. Wyraził zgodę, więc sporządziliśmy listę „najpotrzebniejszych produktów”, która internetowo powędrowała do mariny. Serwis zakupowy trochę się zdziwił z powodu naszych wyborów ale jak wiadomo każdy kupuje co lubi. Nie robili problemów ani uwag i po paru godzinach dzięki uprzejmości pracowników mariny zakupy wylądowały na wydzielonym pomoście portu. Kiedy jednak podpłynęliśmy i zobaczyliśmy stos kartonów i toreb, a w oddali za taśmami kordon policji i straży granicznej – powiało grozą. Po raz kolejny poczuliśmy, że to nie koniec problemów i może być kiepsko na całej linii. I tak właśnie było. W tzw „promocji” nie dostaliśmy zgody na do tankowanie paliwa oraz wody i mimo oficjalnego zrozumienia naszej sytuacji poproszono nas o szybkie opuszczenie portu .Powrót na kontynent stał się faktem. Łatwo powiedzieć trudniej zrobić.
Wprawdzie dla męskiej części załogi żegluga oceaniczna to nie nowość /robiliśmy to już nie raz / gorzej dla naszych dziewczyn. Miała być rekreacja, słońce, aperol, górskie wycieczki, a przyszło żeglować przez ocean w wyjściowym zestawie. Muszę przyznać, że decyzję o odwrocie zniosły godnie choć nie bez obaw. Szczególnie obawiały się choroby morskiej i jak wytrzymają w tygodniowym rejsie po otwartym oceanie Jak się miało okazać bezpodstawnie bo jeśli chodzi o chorobę morską Prezesem zostałem ja / pierwszy oddałem dług Neptunowi/, a planowany tydzień w morzu wydłużył się ostatecznie do 4 tygodni. Tego nie spodziewał się nikt, a co miało się stać później nie przewidziałby nawet jasnowidz z Człuchowa.

Ruszamy przez Atlantyk

O ile w żegludze od wyspy do wyspy nie stosowaliśmy sztywnych wacht o tyle w przypadku przejścia oceanicznego podzieliliśmy się na zespoły. Wachta I 08-12 Lechu i Beata, Wachta II, 12-16 Rysiek i Kasia, Wachta III 16-20 Daniel, Mirek. Poza wachtą pozostawała Danusia /armatorowa/ chronicznie chorująca w morskich warunkach. Po rejsie można powiedzieć, że to już nieaktualne bo czas na oceanie zrobił swoje i Danka przeszła na drugą stronę mocy.
Żeby sprawnie żeglować i żyć na jachcie komfortowo, każdy wybrał sobie dodatkowe obowiązki, które były przydatne żeby nie powiedzieć niezbędne, a nie wiązały się z odbywaniem wyznaczonych wacht. Skipper Lechu poza dowodzeniem przygotowywał dla wszystkich najlepsze z możliwych posiłki których smak pamiętać będziemy jeszcze długo, Beata brylowała na zmywaku, Kaśka dotrzymywała towarzystwa chętna i gotowa przygotować herbatkę dla każdego w każdych warunkach, Danusia jak tylko mniej bujało brała na siebie porządki i serwowała słodkości, Rysiek ogarniał prawidłowe funkcjonowanie urządzeń jachtowych, a Ja z Mirkiem przyglądaliśmy się temu z podziwem przy czym ja dodatkowo prezesowałem nie bez powodu. W takiej oto dopracowanej formule ruszyliśmy przez Atlantyk do Lizbony Nie będę pisał kiedy i skąd i jak mocno wiało i że, refowaliśmy żagle, że w nocy było ciemno i straszno, bo to oczywista oczywistość. Płynęliśmy przecież jachtem i to w marcu po oceanie więc nic dziwnego. Warto jednak dodać, że rytm wacht szybko poukładał nasze osobiste życie ,a każdy dopasował się do sytuacji nadspodziewanie dobrze.

Morze odkrywa charaktery

Mając spore doświadczenie w długich rejsach wiem doskonale, że z biegiem czasu w morzu na jachcie każdy w końcu pokaże prawdziwe oblicze. Nasze przyzwyczajenia i słabości widać wówczas jak na dłoni. Tydzień można udawać, dwa z trudem, w trzecim tygodniu puszczają nerwy, a w czwartym konflikt murowany Przeszkadzają nam wówczas najprostsze zachowania sąsiadów, denerwują przyzwyczajenia innych, czepiamy się drobnostek których na lądzie nie zauważamy. Mówiąc krótko łatwo o konflikt. Mając powyższe na uwadze obserwowałem naszą załogę uważnie i spokojnie czekałem na ten moment. Ku mojemu zaskoczeniu w miarę upływu czasu było coraz lepiej. Załodze dopisywały dobre nastroje, a żeglarska robota szła coraz sprawniej. Po 8 dniach żeglugi pierwszy etap naszej oceanicznej włóczęgi mieliśmy za sobą. Oczywiście wszyscy musieli wkleić się w nowe role ale szybko dali sobie z tym radę.

Wreszcie ląd

Po przejściu z Azorów na kontynent cieszyliśmy się na widok lądu jak mało kto i zanim jeszcze dopłynęliśmy do Lizbony skontaktowaliśmy się z najbliższymi aby sprawnie zorganizować postój jachtu w stolicy i opracować powrót załogi do domu. Niestety i tu czekała nas niespodzianka. Po osiągnięciu wysokości wejścia do portu kapitanat i policja wyznaczyła nam miejsce kotwiczenia na redzie i kazała czekać. Wówczas jeszcze nadzieja na rychły powrót do kraju była duża. Po wielogodzinnych naradach planowaliśmy pozostawić jacht w lizbońskiej marinie i całą załogą wrócić samolotem do Polski. Tak się złożyło, że następnego dnia po naszym przybyciu do Lizbony Konsulat Polski organizował ostatni lot rodaków do kraju. Dzięki zaradności naszych dzieci dla wszystkich zostały zarezerwowane bilety, a Konsulat został postawiony na nogi aby nam pomóc. Pozostało tylko wpłynąć do mariny zabezpieczyć jacht i dojechać na lotnisko. Wylot o 14:05.
Aby to zrobić wymagana była zgoda kapitanatu portu, policji i władz sanitarnych.
Spięci i gotowi popakowaliśmy swoje rzeczy do toreb, sklarowaliśmy jacht i jak zawodnicy w blokach czekaliśmy na sygnał do startu. Niestety po raz kolejny zostaliśmy wystawieni do wiatru. Na nasze nieszczęście w nocy wprowadzono w Portugalii stan wyjątkowy, zamknięto granice i jak nam przekazał pracownik konsulatu nikt nie chciał wziąć odpowiedzialności za wpuszczenie nas na ląd. Po tej informacji nastroje opadły. Tyle starań, telefonów, ludzkiej życzliwości i nic z tego.
To nie było miłe. Po raz kolejny wspólnie stwierdziliśmy, że to już nie ten sam świat.
Jeśli nie można wpłynąć do portu to nie można ani tam zostawić jachtu ani tym bardziej odlecieć do kraju. Musieliśmy się zdecydować. Albo stać na kotwicy i czekać na rozwój sytuacji albo wracać jachtem do kraju

Kluczowa decyzja

Nie trzeba chyba wyjaśniać, że podjęcie decyzji o żegludze jachtem do Polski nie było proste i przyjemne. Mimo, że męska część załogi to doświadczeni żeglarze . to jednak nasze żony nie tak bardzo, mimo, że lubimy żeglować i mamy doświadczenie to do domu pozostawało ok.2500 Mm, mimo że mieliśmy żeglować wzdłuż lądu to na trasie czekała nas niebezpieczna Zatoka Biskajska , wietrzne Morze Północne oraz kapryśny Bałtyk no i w końcu mimo, że na jachcie było jeszcze jedzenie to na następne 3 tygodnie potrzebowaliśmy zaopatrzenia i paliwa. Biorąc powyższe pod uwagę decyzja nie była łatwa.
Aby ruszyć potrzebowaliśmy prowiantu. Wstępnie ofiarował się w tej kwestii pracownik konsulatu ale po przesłaniu mu listy zawierającej również piwo i papierosy dyplomatycznie dał nam do zrozumienia, że Konsul nie będzie nam „chodził po fajki i alkohol „ Widać Konsul nie miał doświadczenia na morzu i nie wziął pod uwagę ilości dni oraz osób na pokładzie. W każdym razie załatwił nas dyplomatycznie za co mu dyplomatycznie podziękowaliśmy. Na szczęście za sprawą Leszka, brata Ryśka pomagającego nam w żegludze z lądu, z rozwiązaniem naszego problemu pospieszył kierownik mariny w Lizbonie, który przysłał na kotwicowisko taksówkę wodną z obrotnym młodym skipperem. Przekazaliśmy mu listę potrzeb i gotówkę w szczelnym woreczku. Kasę odebrał w rękawiczkach/wymóg sanitarny/ i po paru godzinach na pokładzie „ Lady Dany 44” wylądowały stosy „zaopatrzenia”. Niestety również w Lizbonie nie dano nam zgody na tankowanie wody oraz paliwa . Mając na jachcie odsalarkę, oraz wystarczającą ilość paliwa na manewry portowe i ewentualny odcinek awaryjny – podjęliśmy trudną ale jak się miało okazać słuszną decyzję o powrocie jachtem do kraju. Po ulokowaniu zapasów, zrobieniu klaru morskiego i wzniesieniu toastu na poczet rozpoczynającego się odcinka – zeszliśmy z kotwicy i ruszyliśmy w stronę domu. Jeśli kogoś miałbym wyróżnić za postawę w tym trudnym momencie to nasze żony. Nie dały poznać że się boją choć gdzieś pod skórą wszyscy to czuliśmy. Jak się później dowiedzieliśmy miały do nas duże zaufanie ale jacht który stał się naszym domem musiał jeszcze na to zaufanie zapracować.

Pod prąd i pod wiatr

Od samego początku łatwo nie było. Zarówno wiatr jak i prąd sprzysięgły się przeciwko nam i jak na złość były przeciwne. Czym to skutkuje wie każdy żeglarz. Trzeba halsować czyli jak mówią niektórzy, płynąć zygzakiem pod wiatr. To się wiąże z mniejszą prędkością jachtu i ciężką pracą kadłuba na fali. Na szczęście na początku nie wiało jeszcze mocno więc kołysało nas mniej i jakoś dawaliśmy radę. Dla polepszenia skuteczności żeglugi wspomagaliśmy się silnikiem. Motor wprawdzie zwiększa prędkość ale hałasuje. Początkowo Panie nie były zachwycone, później Danka wyznała szczerze , że bez huku silnika nie może zasnąć. Po kolejnych 2 dniach nasze stare wachty na powrót się dopasowały i wszystko zaczęło chodzić jak w zegarku. Brakowało tylko pomyślnego wiatru. Wciąż halsowaliśmy i kiedy już się wydawało, że zaraz odkręci i będzie dobrze, wiatr znowu zawiewał od dziobu. I tak dzień po dniu. Co było robić – szyliśmy morze niczym zawodowa krawcowa, a końca widać nie było.

Szulernia i kino czyli sposób na nudę

Zwykłe życie na jachcie jest dość monotonne i bywa nudne, Obowiązki wachtowe przeplatają się ze snem i rozrywkami które każdy wybiera według własnych potrzeb. Mężczyźni najczęściej zajęci byli nawigacją i prowadzeniem jachtu albo czytaniem, za to nasze panie gustowały w hazardzie. Z wielką zaciętością poświęcały wolne od wacht chwile na grę Rummikub, podobną do remi brydża W tej konkurencji liderką był Danka, której wyniki 14:1 i 14:2 pokazują poziom mistrzyni. Dziewczyny wprawdzie próbowały się odegrać, ale tylko próbowały
O 11.00 Kawa, a o wpół do pierwszej obowiązkowe piwko lub szklaneczka wina O tym, że po małym piwku świat jest lepszy utwierdzały nas nasze Panie z ochotą czekające na ten moment. Również z naszego doświadczenia wiemy 1-2 piwa/0,33/ dziennie lub szklaneczka wina pozytywnie wpływają na samopoczucie i polepszają kontakty w załodze. Żeby się odstresować po wyczerpującej służbie uruchamialiśmy regularnie jachtowe kino. Do projekcji wykorzystywaliśmy zamontowany w mesie telewizor oraz twarde dyski z nagranymi filmami. Największą popularnością
wśród męskiej społeczności cieszyły się klasyki z serii : zbili go i uciekł, natomiast damy jak to damy gustowały w romansach ,a z tym w repertuarze krucho. Kino zwykle odpalaliśmy ok.20 tej
dzięki czemu nie było regularnej kolacji, co z kolei wpływało korzystnie na naszą jachtową dietę.

Sztormowe Biskaje

Podobno w osiąganiu celu wcale nie są najważniejsze umiejętności czy pieniądze ale wytrwałość Podobnie było z nami. Po kilku dobach żeglugi wy halsowaliśmy się na wysokość la Coruny w Hiszpanii i trzeba było się zdecydować. Albo stajemy w hiszpańskiej la Corunie i czekamy na poprawę pogody /minimum 3-4 dni/ albo płyniemy dalej przez Zatokę Biskajską mając na uwadze duj między wyżem na północnym Atlantyku, a niżem blisko Gibraltaru. Po naradzie wielkiej trójcy /3 kapitanów/ uznaliśmy, że szkoda czasu na próby z Hiszpanami bo mogą nas nie wpuścić podobnie jak Portugalczycy, a stanie na kotwicy nas nie urządza. Postanowiliśmy płynąć.
Ponieważ jacht znaliśmy doskonale i mieliśmy do niego pełne zaufanie bardziej obawialiśmy się o ludzi. Trudno było przewidzieć jak sztormowe warunki zniosą nasze panie i jak długo to potrwa. Po cichu liczyliśmy, że sztorm w miarę szybko się wydmucha, a centrum niżu przejdzie bokiem. Niestety, silny wiatr przywitał nas prawie na początku zatoki, a pożegnał po 7 dniach używania. Takiej nieprzychylnej pogody nie mieliśmy dotąd nigdy. O tym jak ciężki będzie to dla nas czas mieliśmy się niebawem przekonać.
Rozwiewało się z godziny na godzinę więc przed nocną wachtą założyliśmy 3 ostatni ref na grocie. Dla niewtajemniczonych wyjaśniam, że chodzi o zmniejszenie powierzchni głównego żagla co daje możliwość żeglugi w ciężkich warunkach i utrzymanie właściwości nautycznych jachtu. Tak przygotowani wkraczaliśmy w czarną jak smoła noc. Wiatr tężał, a na wiatromierzu na stałe zagościła prędkość powyżej 35 węzłów. Jacht idący pod wiatr ciężko ale skutecznie pracował na fali, a zdobywanie kolejnych mil wysokości było bardzo żmudne. Na początku było dosyć miarowo więc wszyscy zahartowani w żegludze oceanicznej trzymali pion i dawali radę. Ale w nocy się zaczęło. Kadłub jachtu zaczął z hukiem przepadać w dolinach fal, a jego podjazdy pod górę przypominały podskoki wierzgającego konia. Kto stał musiał się trzymać obiema rękami w przeciwnym razie lądował oderwany od uchwytu w ekspresowym tempie. Ruchy jachtu były nieprzewidywalne i próba ustania choćby na chwilę zawsze kończyła się podpórką Na zewnątrz świst wiatru i huk morza w środku nierealnie spokojnie ale ślisko. Sól z wody morskiej osadzała się na gretingach /podłogach/ i czyniła z nich lodowisko. Po kolei wszyscy zaliczyliśmy upadki, a niektórzy takie, że aż dziw bierze, że się nie połamali. Kulminacyjnym momentem był upadek mojej żony która mimo kurczowego uchwytu nie dała rady ustać i rzucona na kuchenkę gazową prawdopodobnie uszkodziła żebra. Blada jak ściana nie mogła powstać parę minut ,po czym przeniesiona do koi nie wstawała prawie 1,5 dnia. Przerażenie i strach przed następnym upadkiem blokowało chęć skorzystania z toalety. Dopiero kiedy szczerze wyznała jaki ma problem udało nam się we dwójkę „załatwić sprawę”. Cóż to była za radość i powrót do normalności. Wiatr jednak nie ustawał. Momentami osiągał prędkość ponad 45 węzłów i mogliśmy poczuć jaką siłą dysponuje natura. Strach się bać. Za bulajami ciemność i rozbujany ocean, w środku przytulnie i bezpiecznie. Dla wygody i bezpieczeństwa zaczęliśmy sterować ze środka. Tylko od czasu do czasu wachtowy sprawdzał widnokrąg na zewnątrz ale i tak mało co było widać. Liczyliśmy, że jak przyjdzie dzień to będzie lepiej. I lepiej nie mówić. Kiedy zdawałem rano wachtę na morzu był regularny sztorm. Świstało, wierzgało i ani trochę nie ustawało i tak 4 doby. Nie mogliśmy w to uwierzyć ale nawet po minięciu na trawersie francuskiego Brestu sztorm nie ustawał. Spychani przez wiatr i prąd na zachód, oddalaliśmy się od wybrzeża Francji coraz dalej i dalej. Wachta za wachtą orała wzburzony ocean, a ja podziwiałem załogę za wspaniałą postawę. Nikt nie użalał się nad swoim losem, a dziewczyny mimo zmęczenia i wyczerpania nadal miały pozytywne nastawienie do rzeczywistości. Szczerze mówiąc nie mówiły, że im się to podoba ale też nie narzekały i co ważne nie tworzyły problemów. . Kiedy osiągnęliśmy wysokość Kanału Angielskiego i byliśmy już nieźle zmęczeni zdecydowaliśmy, że spłyniemy do Brestu. Potrzebowaliśmy bowiem nie tylko odpoczynku ale przede wszystkim paliwa. Postój załatwiliśmy telefonicznie za pośrednictwem brata Ryśka który z podjął się negocjacji w naszym imieniu z władzami francuskiej mariny. Nie było łatwo ale ich przekonał. Kierując dziób naszej Lady Dany do Brestu nie chcieliśmy uwierzyć, że mimo iż mieliśmy wystarczającą wysokość i powinniśmy zjechać do Brestu jednym halsem wiatr się odwrócił i ponownie trzeba było kluczyć . Ślad przebytej drogi na elektronicznej mapie wyglądał niczym krawiecki ścieg. Na domiar złego na ostatnie 1,5 doby przed portem przestał działać autopilot. To pomocne urządzenie, które dotąd skutecznie pełniło funkcję sternika – odmówiło współpracy. Mimo wielu prób uruchamiania nie zadziałało więc zmuszeni byliśmy sterować ręcznie. Cóż to było za przeżycie ? Dla każdego żeglarza sterowanie to przyjemność i frajda. Trzymając ster w rękach czujemy się bardziej odpowiedzialni i sprawczy. A co dopiero w ekstremalnych warunkach. Jednak nocna żegluga wierzgającym na falach jachtem, 30-38 węzłów wiatru i zalewające pokład i sternika fale to nie przelewki. Godzinne wachty za sterem na które się umówiliśmy upływały nam wyjątkowo wolno ,a każdy ze sterników czekał na zmianę jak na zbawienie . Jachtem rzucało, a wymagana koncentracja sternika potęgowała zmęczenie. Mimo naszych nadziei do końca tego odcinka wiatr nam nie odpuszczał . Nawet ostatnie 20 mil już w osłonie lądu wiatr nadal wiał prosto w dziób a my płynąc dodatkowo pod prąd wiliśmy się jak wąż aby w końcu dotrzeć do celu. W rezultacie po 8 dniach morskiej mordęgi zacumowaliśmy w Breście.

Nareszcie w Breście

Radości, która nam towarzyszyła po wejściu do Mariny Biały Młyn w Breście trudno było się dziwić. Wszyscy, zarówno prowadzący jak i załoganci byli zmęczeni tym odcinkiem najbardziej od początku rejsu. Dla starych repów był to kawał ciężkiej żeglarskiej roboty, dla pozostałych największe dotychczasowe przeżycie na morzu. Byliśmy zmęczeni ale bardzo szczęśliwi. Szczególnie nasze Panie. Mimo,że wymęczone sztormem nie dawały poznać zniecierpliwienia i wewnętrznego napięcia. Postawieni przez władze mariny na najbardziej zewnętrznym pomoście byliśmy oddaleni od lądu o dobre kilkaset metrów. Nie bez przyczyny. Również we Francji epidemia zbierała już swoje żniwo więc zarówno władze portowe jak i sanitarne wpuściły nas warunkowo bez możliwości opuszczania jachtu. Zmieniło się to po wizycie Straży Granicznej i sprawdzeniu naszej historii. Policjanci i Straż Graniczna nie chcieli ryzykować wejściem na jacht, a ponieważ my też nie paliliśmy się do tego, odprawa odbyła się ekspresowo na stosowną odległość. Z uwagi na konieczność poczynienia niezbędnych do dalszej żeglugi zakupów wyprosiliśmy od Straży granicznej 2 przepustki uprawniające do opuszczenia jachtu. Po zejściu na ląd, jeszcze w obrębie mariny, oko cieszyła fantastyczna infrastruktura z wieloma pływającymi pomostami, kilkaset różnych jachtów zacumowanych do tych pomostów, i niezwykle szeroki i wygodny slip do wodowania . Zatrważał natomiast całkowity brak ludzi. Było w tym coś nierealnego czego nigdy wcześniej nie odczuwaliśmy. Kiedy we dwójkę z Lechem wyszliśmy po zakupy do jedynego otwartego w pobliżu supermarketu na ulicach była pustka. Przed super marketem średniej wielkości na parkingu było wszystkiego kilka samochodów, a w środku maksymalnie 10 osób łącznie z obsługą.
Nie powiem, że nie zrobiło to na nas mocnego wrażenia. Po raz pierwszy w tym rejsie zeszliśmy na ląd, a ten wyglądał już zupełnie inaczej. Kompletny brak ludzi opustoszałe ulice i złowrogi silny wiatr potęgowały napięcie.
Ponieważ naszym zadaniem były przede wszystkim zakupy oraz wypranie brudnych ubrań w przylegającej do marketu samoobsługowej pralni zajęliśmy się tym sprawnie i po godzinie byliśmy gotowi do powrotu. Problemem stał się transport zakupionego prowiantu na jacht. Z pomocą przyszedł robiący w tym samym markecie zakupy francuz ,który sam zaoferował podwiezienie naszego towaru do mariny i pomoc w transferze na jacht. Lepiej byśmy nie wymyślili. Francuz okazał się nie tylko pomocnym kierowcą ale także doświadczonym żeglarzem
W drodze wymieniliśmy trochę informacji o sobie i już było przyjaźniej. Ivo bo tak miał na imię znajomy z marketu wjechał na teren mariny tak daleko jak było można i dzięki znajomości obiektu załatwił 2 wózki do transportu zakupów prosto na jacht..Było nam miło że ktoś zupełnie obcy pomógł tylko z ludzkiej życzliwości i to w takim trudnym dla wszystkich czasie. Ten moment ocieplił nasze spojrzenie na otaczającą rzeczywistość i był pozytywnym bodźcem do dalszego działania. A było co robić. Jeszcze w morzu część załogi z niepokojem zgłosiła ,że z powodu planowanego tylko na 10 dni rejsu nie zabrała wystarczająco dużo leków, których zażywanie było niezbędne .Ostatnie dni przed Brestem dzielili tabletki na połowę aby być w formie ale zapasy się skończyły. Potrzebne leki na nadciśnienie ,tarczycę krzepliwość krwi itp to specyfiki wyłącznie na receptę. Cóż było robić Podjąłem się misji załatwienia medykamentów na mieście bez recept i w wystarczającej ilości. Na piechotę powędrowałem niespełna 4 km wg GPS i trafiłem do małej dyżurnej apteki. Mimo,że obsługa nie mówiła w żadnym innym języku niż po francusku za pośrednictwem innej klientki zdołałem opowiedzieć naszą historię i po przedstawieniu mojego paszportu, patentu kapitańskiego oraz przepustki od straży granicznej wszystkie leki w wymaganych ilościach przygotował sam właściciel łącznie z zaleceniami jak podawać. Kiedy zakupy znalazły się w moim plecaku po raz kolejny pomyślałem ,że wytrwałość i wiara w ludzi jest źródłem sukcesu.
Postój w Breście nie mógł trwać długo bo i tak w stosunku do planu byliśmy już bardzo spóźnieni, więc następnego dnia postanowiliśmy oddać cumy .Pozostało tylko zatankować paliwo i mogliśmy ruszać w drogę. Nie było to jednak takie proste. Brak obsługi na stacji w marinie zaskoczył nas ponownie. Na szczęście dystrybutory działały w oparciu o karty płatnicze ale instrukcja wyłącznie po francusku. I tu znowu nasza wytrwałość i wielokrotne próby dały w końcu pozytywny rezultat. Do ostatniej chwili w porcie nie pojawił się nikt z obsługi, a na pomostach nie było żywego ducha. Mimo to szczęśliwi ,że mamy paliwo oddalaliśmy cumy i samotnie ruszyliśmy w stronę domu.

W drodze przez Kanał Angielski

Jeszcze w porcie Rysiek próbował reanimować sterownik autopilota ale bez powodzenia. Wszystkie próby uruchomienia automatycznego sternika po gruntownym przemyciu elektroniki wodą destylowaną i wysuszeniu spełzły na niczym. Jakież było nasze zdziwienie i jaka radość kiedy po kilkunastu minutach w morzu system zaskoczył i na powrót mieliśmy automatycznego pilota. Ten prezent od technologii miał niebagatelny wpływ na całą resztę rejsu. Tak jak od początku naszej wyprawy mieliśmy pod wiatr i pod prąd tak od tego momentu wiatry i okoliczności żeglugi do końca nas wspierały. Wychodząc z Brestu byliśmy niepocieszeni,że nie dane nam było zwiedzić tego niezwykle interesującego miasta i jego turystycznych atrakcji,więc z łezką w oku ustaliliśmy wspólnie, że jeszcze tam wrócimy. Wypoczęta i dobrze nastrojona załoga z ochotą rozpoczęła trzeci i ostatni etap żeglarskiej włóczęgi .Żegluga korzystnym wiatrem nie nastręczała nam żadnych problemów, dokuczała natomiast samotność. Sądziliśmy nawet ,że z powodu pory roku /był przełom marca i kwietnia/ oraz zamkniętych portów nikt normalny poza nami nie żegluje i jak ten samotny biały żagiel będziemy się błąkać po morzu w pojedynkę. Nic bardziej mylnego. W niedługim czasie gdzieś na początku kanału Angielskiego na mapie elektronicznej pojawił się symbol AIS /Automatyczny System Identyfikacji /jednostki płynącej pod żaglami. Nikt nie mógł uwierzyć ale potwierdziła to późniejsza łączność przez UKF-kę, że jedynym napotkanym na tej trasie jachtem był jacht „Czardasz” z Polski na domiar wszystkiego z tego samego Jacht klubu Stoczni Gdańskiej w którym i my cumujemy. Koledzy wracali bodajże z Wysp Kanaryjskich, a nasze spotkanie było kolejnym potwierdzeniem znanej maksymy, że „Polacy są wszędzie”. Pomyślne baksztagowe wiatry pchały nas przez Kanał Angielski ekspresowo. Jedyną trudnością ale też ciekawym zajęciem była stała obserwacja widnokręgu związana z dużym ruchem statków . Mimo zamkniętych portów na rucie czyli morskiej autostradzie spotkaliśmy wiele płynących w obu kierunkach statków. My jako jednostka pod żaglami trzymaliśmy się południowego brzegu czyli wybrzeża francuskiego. Właśnie z tego powodu doszło którejś wyjątkowo ciemnej nocy do zabawnego aczkolwiek pouczającego zdarzenia. Płynąc skrajem ruty w kierunku Cherburga wywołał nas przez radio UKF nieoświetlony i nieoznakowany na mapie /AIS/ francuski okręt wojenny. Poproszono nas o korektę kursu co natychmiast uczyniliśmy. Jako, że nic nie było widać nie mieliśmy pojęcia w czyim towarzystwie się znaleźliśmy. Dopiero nad ranem w promieniach wschodzącego słońca zobaczyliśmy w oddali sylwetkę olbrzymiego lotniskowca na którego kont kursie płynęliśmy. Wniosek taki,że na morzu nawet skrupulatna obserwacja czasami nie wystarcza i trzeba być gotowym na wszystko.

Kanał Kiloński – brzeg w zasięgu ręki
Zachodnie wiatry niosły nas jak na skrzydłach w kierunku domu. Po kilku dobach dotarliśmy do ujścia Elby na Morzu Północnym gdzie po paru godzinach żeglugi zameldowaliśmy się w Brunsbuttel na wejściu do Kanału Kilońskiego. Bliskość lądu ociepliła nastroje na jachcie, a widok pierwszych ludzi na nabrzeżu był fascynujący . Po krótkim oczekiwaniu na wejście do śluzy razem z dwoma innymi statkami towarowymi rozpoczęliśmy śluzowanie i zaraz potem ruszyliśmy kanałem w drogę. Przepisy żeglugowe zobowiązują wszystkie jednostki płynące kanałem do używania silnika, a 100 kilometrowa trasa może być pokonywana przez jednostki żaglowe jedynie w porze dziennej. Dzięki temu mieliśmy okazję zobaczyć co się działo na lądzie. Na brzegach kanału mimo pandemii spacerowało wiele osób, a jeszcze więcej odbywało wycieczki rowerami. Widok uśmiechniętych ludzi bardzo nam poprawił humory i dobre nastawienie do dalszej części podróży. Niestety zaraz po opuszczeniu kanału jeszcze w Zatoce Kilońskiej ponownie starliśmy się z pandemią. Planując przejście Bałtyku pod żaglami przy sprzyjających wiatrach – paliwa powinno nam było wystarczyć, jednak w przypadku przeciwnych wiatrów powinniśmy do tankować .Właśnie z tego powodu próbowaliśmy zawinąć do najbliższego portu gdzie była stacja benzynowa ale bez powodzenia. Przystanie i stacje zamknięte na głucho nie dały nam żadnych szans.. W końcu po kolejnej nieudanej próbie zrezygnowaliśmy z tankowania i ruszyliśmy do domu.

Przyjazny Bałtyk

Bałtyk przywitał nas łaskawie świeżym zachodnim wiatrem . Ucieszyło to nie tylko zmęczone ciężkim rejsem panie ale przede wszystkim nas nawigatorów. Od prawie 3 tygodni bez przerwy rotacyjnie zmienialiśmy się w prowadzeniu jachtu i mówiąc szczerze też już mieliśmy dość. Chcieliśmy trochę odpoczynku i spokoju na wodzie. Tym milej zaskoczył nas Bałtyk który zwykle narowisty i trudny tym razem spokojny bez zbędnej fali pozwolił szybko żeglować w kierunku domu. Dla całej załogi był to czas relaksu i nabierania sił. Wprawdzie jeszcze nie wiedzieliśmy co nas czeka w kraju ale bardzo chcieliśmy do niego dopłynąć. Kiedy człowiek jest na miejscu w domu nie zdaje sobie sprawy jak bardzo jest do niego przywiązany. W takich momentach w jakich przyszło nam wracać do kraju tęsknota za domem i zwykłymi lądowymi sprawami bardzo się potęgowała. Wyrazem tego była między innymi licytacja wśród załogi co kto po powrocie ugotuje i będzie robił. Atmosfera mimo długich ciężkich tygodni spędzonych na morzu z każdą chwilą stawała się lepsza. Trzeba przyznać, że wszyscy się starali aby na koniec nie było jakiegoś zgrzytu ale to przyjazne morze i pożądany wiatr dawały nam wytchnienie i przysparzały dobrego humoru. Kiedy zbliżaliśmy się do Rozewia czuć było i napięcie i radość. Jeszcze tylko kilkanaście godzin i o 2 w nocy meldowaliśmy się na redzie portu w Gdańsku. Niestety i tutaj nie obyło się bez nerwów. Polskie porty wzorem niemieckich również były zamknięte z powodu pandemii jednak nie dla jednostek pod polska banderą. Straż graniczna do której musieliśmy się zgłosić chcąc wejść do portu w pierwszym momencie nie wydała zgody, dopiero po żmudnych tłumaczeniach i wykazaniu logiki naszego postępowania udzieliła zgody na wejście do portu w Gdańsku i dokonania odprawy Moment postawienia nogi na lądzie był dla nas ekscytujący, jeszcze bardziej widok ubranych w kombinezony sanitarne żołnierzy straży granicznej. Niczym ufo ludki wkroczyli na pokład aby każdemu z osobna zmierzyć temperaturę i sprawdzić dokumenty. Parę minut odprawy i już byśmy byli gotowi gdyby nie zbyt niska temperatura czoła naszego skippera. Tylko dzięki dobremu nastrojowi przekonaliśmy kontrolującego do ponownego zmierzenia temperatury u naszego kapitana bowiem ten stojąc za sterem na podejściowej wachcie owiewany zimnym powietrzem wyszedł na „zimnego Lecha”. Było trochę nerwów ale skończyło dobrze. Zobligowani przez Straż Graniczną do 2 tygodniowej kwarantanny oddaliśmy cumy i popłynęliśmy do Górek Zachodnich portu postojowego naszej „Lady Dany”. Jeszcze tylko poranne śniadanie przy kei w Jacht Klubie Stoczni Gdańskiej i przyszło się żegnać.

Morze łączy ludzi

Szczęśliwie zakończony rejs w którym przepłynęliśmy niespełna 3500Mm pozostanie w naszej pamięci na zawsze. Nieoczekiwane zmiany planów oraz piętrzące się trudności nie zaważyły na naszej przyjaźni, a jedynie ją wzmocniły. Do dzisiaj spotykamy się jak zawsze w środy i mimo ,że nie wszyscy chcą brać udział w następnych takich eskapadach to dla pozostałych rejs był prawdziwym momentem otwarcia na morze. Nasz rejs jest dowodem na to że trudne warunki potrafią mobilizować i dawać satysfakcję . Mówi się że morze jest okrutne i uczy pokory. Zgadzamy się w pełni , ale jest też miejscem przyjaźni. Właśnie dlatego warto po nim pływać.

Daniel Michalski