Podsumowujący blog Daniela Michalskiego

28 października 2013 0 By Lady Dana 44

 

 Po prawdziwości, czyli przygody nie do opisania

 

O przejściu Morza Beringa i Północnego Pacyfiku napisali w swoich blogach moi zacni koledzy w osobach Michała i Pawła. Przedstawili w nich opisy i wrażenia, które na długo pozostaną nie tylko w ich pamięci. Nie napisali jednak wszystkiego, bowiem z jednej strony nie zmieniłoby to w żadnym razie naszej sytuacji, a z drugiej – przyczyniłoby się do wielu zmartwień i niepotrzebnych stresów naszych najbliższych. Właśnie z tego powodu uzupełniam historię dopiero dzisiaj i opowiadam to, czego opowiedzieć nie chcieliśmy przed końcowym portem.

Ale po kolei.

Żegluga po Morzu Beringa to nie zabawa. Wiedzą o tym nie tylko żeglarze, omijający te wody jak tylko mogą, ale przede wszystkim rybacy, poławiający na tym stosunkowo płytkim morzu słynne królewskie kraby. To właśnie tutaj, z powodu wyjątkowo trudnych warunków pracy na morzu, realizowany jest znany na świecie program kanału National Geographic – „Najniebezpieczniejsze zawody świata”. Nie ustające sztormowe wiatry o sile powyżej 7 – 8 stopni w skali Beauforta, rozfalowane morze z wysokimi i stromymi falami, silne prądy, a także prawie ciągłe zachmurzenie i opady czynią z tego rejonu mało gościnny akwen. Z tego powodu mało kto zapuszcza się tu na otwarte wody, a my w trakcie żeglugi przez całe morze spotkaliśmy tylko jeden amerykański kuter rybacki. Oczywiście, wiedzieliśmy o tych zagrożeniach wcześniej, jednak chcąc dotrzeć do Vancouver, nie mieliśmy wyboru.

Skoncentrowany nad mapami pogodowymi Rysiek nie dawał po sobie poznać, że i on czuje respekt przed morskim żywiołem. Fakt, że jacht spisywał się bardzo dobrze i mieliśmy do niego coraz większe zaufanie uspakajał, jednak gdzieś głęboko w duszy czuliśmy napięcie, którego trudno było się pozbyć. O tym, że to nie przelewki, mieliśmy się przekonać już niebawem.

Któregoś dnia, w trakcie mojej popołudniowej wachty – tj. od 12.00 do 16.00 – siła wiatru ciągle rosła aż w końcu ustabilizowała się w okolicach 35 – 40 węzłów. Ponieważ od prawie tygodnia przyzwyczajeni byliśmy do takiej huśtawki, nie zrobiło to na nas specjalnego wrażenia. W związku z powyższym, po zakończeniu wachty i zjedzeniu obiadu przystąpiliśmy do codziennego ceremoniału oglądania filmu w naszym jachtowym kinie. O ile do tej pory pogoda, mimo wysokiego stanu morza i siły wiatru, była stabilna, a my, przyzwyczajeni do tego, dawaliśmy radę, o tyle tym razem było inaczej. Już na początku filmu rzucało nami na boki tak mocno, że trudno było utrzymać stałą pozycję, a z każdą minutą sytuacja się pogarszała.

Jadąc baksztagiem na skrawku foka i potrójnie zarefowanym grocie, Rysiek właśnie rozważał całkowite zrzucenie grota, gdy nagle, w wyniku bardzo silnego uderzenia wiatru doszło do tak dynamicznego przechyłu jachtu na lewą burtę, że wszystkie nie zamocowane elementy wyposażenia oraz przedmioty z prawej burty znalazły się w ekspresowym tempie po przeciwnej stronie. Siedząc na kanapie lewej burty, zapamiętałem moment jak w zwolnionym tempie leci w moim kierunku twardy dysk komputera wielkości kasety VHS i jedynie dzięki szczęściu i odruchowi, zamiast zrobić dziurę w mojej głowie, dysk uszkodził drzwiczki szafki, znajdującej się za moimi plecami. Po tym przechyle jacht szybko wrócił do pionu, a my ekspresem ubieraliśmy się, aby wyjść na pokład do zrzucenia grota. Jakie było nasze zdumienie, gdy pełniący wachtę Paweł i Misiek zameldowali, że w wyniku tego zdarzenia straciliśmy tratwę i koło ratunkowe, zamocowane na tylnym koszu lewej burty.

Kiedy po paru minutach wyszedłem na górę aby dowiedzieć się szczegółów, Paweł jeszcze nie mógł dojść do siebie. Przyczyną było nie samo zdarzenie, bo kołysanie i kładzenie się jachtu na burtę to chleb powszedni dla żeglarza, ale niecodzienny i złowrogi widok otwierającej się i odpływającej w morskiej kipieli tratwy ratunkowej. Przyznam, że i mi zrobiło się ciepło i gdzieś w głębokiej podświadomości poczułem wewnętrzny niepokój. Cóż jednak było robić. Szanse na dogonienie tratwy w takich warunkach były zerowe, a rozszalałe morze wymagało stawienia mu czoła na najwyższym poziomie. To właśnie wtedy zrzucaliśmy grota w zespole: Lechu, Paweł i ja – tak obrazowo opisanym w blogu przez najmłodszego spośród nas trzech.

Mimo utraty tratwy i koła ratunkowego, wyrwanych przez żywioł ze specjalnych stalowych mocowań, dalej sprawnie kontynuowaliśmy żeglugę, ale już na samym olinowaniu. Od tej chwili dużo poważniej braliśmy pod uwagę nasze największe niebezpieczeństwo – zderzenie z pływającym tuż przy powierzchni wody, zgubionym przez statek kontenerem (zmorą wszystkich żeglarzy) lub awarię takielunku i utratę masztu. Rysiek, nasz kapitan, skierował dziób „Pani Danki” bliżej tras żeglugowych po to, aby w razie potrzeby móc liczyć na pomoc przepływających w pobliżu statków, a my skoncentrowaliśmy się nad staranną żeglugą. Warto dodać, że w tym momencie pozostało nam jeszcze do pokonania ponad 2000 Mm, w tym przejście w poprzek Północnego Pacyfiku. Jak się można domyśleć, takie wycieczki – i to w październiku! – nie należą do najłatwiejszych, ale jeśli się ma takie hobby, to trzeba się z tym liczyć. Mimo że znane nam jest powiedzenie „Jest ryzyko jest zabawa”, to jednak tym razem chcieliśmy ryzykować jak najmniej. Aby dotrzeć do portu, musieliśmy po prostu płynąć.

Żegluga przez Pacyfik to oddzielna historia i trudno opowiedzieć o przeżyciach w tak krótkim tekście. Dla mnie i, jak sądzę, dla innych ten odcinek był największym żeglarskim wyzwaniem. Nie dlatego, że wcześniej było łatwo i bezpiecznie, ale z powodu ogromu oceanu, nieustających sztormów i świadomości, że musimy liczyć wyłącznie na siebie. Kiedy pewnego dnia Rysiek ściągnął z Internetu kolejnego GRIBA, czyli szczegółową prognozę pogody na nadchodzące dni, a cały ekran komputera pokryły wyłącznie czerwone ptaszki z kilkoma skrzydełkami, oznaczającymi siłę wiatru minimum 40 węzłów, widziałem, jak nawet tak doświadczony żeglarz jak Lechu zaniemówił i, nie komentując sytuacji, wyszedł strapiony na wachtę. Nigdy wcześniej ani ja, ani moi koledzy, których o to pytałem, nie byli nieprzerwanie tak długo w tak sztormowych warunkach na takim rozległym akwenie. To nas na początku trochę deprymowało, jednak z czasem zdobyliśmy na tyle doświadczenia, że dzisiaj możemy powiedzieć, że wiemy, co to są sztormy.

Bezpieczną żeglugę w tych niebezpiecznych warunkach zawdzięczamy przede wszystkim dzielnemu jachtowi, ale w dużym stopniu również kapitanowi. Nasz jacht, mimo że dopiero co zbudowany i była to jego pierwsza oceaniczna wyprawa, sprawił się znakomicie. Szybki, chodzący ostro do wiatru, słuchający steru, dobrze pracujący na fali, a przede wszystkim stabilny i komfortowy w wyposażeniu i obsłudze dawał nam poczucie bezpieczeństwa, nawet w najcięższych sztormach. Podobnie było z kapitanem. Spokojny na zewnątrz, choć jak go znam, wewnętrznie spięty, opanowany w trudnych sytuacjach, skupiony nad problemami, stale analizujący i przewidujący potencjalne zagrożenia dawał swoim zachowaniem przykład pewnego dowódcy. Jeśli dodamy do tego dużą wiedzę – nie tylko techniczną – humor i partnerski kontakt z załogą, będzie jasne, skąd ta laurka. Dzięki takiemu układowi, nie pomijając w tym dzielnej załogi, szczęśliwie dotarliśmy do Kanady, a dokładnie do naszego pierwszego kanadyjskiego portu – Victorii.

Victoria czyli zwycięstwo przyjaźni

Wizyta w Victorii na zawsze pozostanie w naszej pamięci. Nie tylko z powodu radości, że bezpiecznie dopłynęliśmy do lądu, ale przede wszystkim wyjątkowo ciepłego przyjęcia przez tamtejszą Polonię. Jeśli wspomnę, że na brzegu oczekiwał nas od paru godzin i witał żeglarz polonijny Grzegorz Nowakowski, który dowiózł niezbędne dla nas nowe końcówki wtryskiwaczy do silnika, a zaraz po odprawie granicznej mieliśmy odwiedziny szefa Polonii w Victorii wraz z małżonką, to był to jedynie wstęp do znakomitego przyjęcia, jakie zgotowali nam tamtejsi Polonusi. Przemiła atmosfera już w trakcie pierwszego spotkania i otwarte serca osób, których wcześniej nie znaliśmy, potwierdziły starą prawdę. NAJWAŻNIEJSI SĄ LUDZIE. Było nam naprawdę miło, a szczęścia dopełnił podarowany załodze wielki kosz świeżych owoców, których nie widzieliśmy od miesięcy. Zwykle takie spotkania kończą się oficjalnymi uściskami i okolicznościowymi toastami. Tym razem było inaczej. Zabrani dwoma samochodami do domu Władka i Bożeny, spełniliśmy swoje marzenia o prawdziwej domowej kąpieli, a także przegadaliśmy parę dobrych godzin przy kolacyjnym stole z polską kiełbasą. Jednak kluczowym momentem, który wszyscy zapamiętaliśmy, była deklaracja ze strony Bożeny w sprawie wyprania naszej rejsowej odzieży. Mimo iż ograniczyliśmy ilość rzeczy do 3 – 4 sztuk na osobę plus pokrowce i prześcieradła z koi, to przy 7 członkach załogi dało to i tak całkiem pokaźną ilość. Mieliśmy się o tym przekonać następnego dnia, kiedy na wieczorne spotkanie Polonii Władek przybył sam, bo Bożena jeszcze kończyła nasze pranie. Nie zapomnimy Jej tego nigdy. Przygotowany przez Władka i Grzegorza plan naszej wizyty obejmował zwiedzanie miasta i okolic oraz pomoc w załatwianiu jachtowych zakupów. Tymi ostatnimi zająłem się ja z Grzegorzem. Zaowocowało to zakupami materiałów „wzruszających” oraz odwiedzeniem kilku sklepów z wyposażeniem jachtowym. Niestety, poszukiwane przez nas zawory do odpowietrzenia zbiorników były nie do kupienia, ale przy okazji odwiedziłem posiadłość Grzegorza i jego małżonki oraz uroczą, morską marinę, ukrytą w otoczeniu klifowych zboczy. Nic by w tym nie było ekscytującego, gdyby nie przypadek, który pozwolił mi zobaczyć coś naprawdę wyjątkowego. Był to morski jacht pilotowy z Kanału Angielskiego, zbudowany w 1895 roku, a utrzymany i sklarowany do żeglugi, jakby właśnie miał wychodzić w morze. Właścicielami tego muzeum na wodzie byli przypadkowo spotkani starzy znajomi Grzegorza, którzy od lat na nim mieszkają. Postawiony na boi w odległości 70m od kei, już z zewnątrz prezentował się wspaniale. Jednak dopiero wnętrze zaparło mi dech w piersi. Klasyczne, ciemne, mahoniowe wykończenie, surowe, ale wysmakowane w proporcjach, świadczyło o klasie projektantów i szkutników. Wszystkie dodatki mosiężne, oryginalne i sprawne, ale przede wszystkim żadnych współczesnych urządzeń i instrumentów. Idealny klar i porządek sprawiał wrażenie, jakby nikt tam nie mieszkał. Mówiąc szczerze, nie mogliśmy z Grzegorzem oderwać oczu, a czasu, niestety, nie mieliśmy. Na pożegnanie zrobiłem kilka fotek i otrzymałem przemiłe zaproszenie ze strony właścicieli na krótki rejs w przyszłym sezonie.

Trudno opisać wszystkie niezapomniane momenty z Victorii, ale bezwzględnie należał do nich pożegnalny wieczór w cenionej przez miejscowych restauracji, gdzie zostaliśmy zaproszeni i poznaliśmy kolejnych przyjaciół naszego rejsu. Długo by opowiadać, ile wspólnych tematów i znajomych odnaleźliśmy podczas rozmów, ale na pewno warto podkreślić, że warto było tu przypłynąć właśnie dla takich ludzi.

 

Dupa zbita, czyli prawdziwe koszty wyprawy

 

Kiedy następnego dnia przed południem oddawaliśmy cumy i żegnaliśmy przyjazny port Victoria, nie miałem bladego pojęcia, że przed nami jeszcze tak wiele przygód, a przede mną taki „dramat”. Któż bowiem mógłby przypuszczać, że taki sprawny, jakkolwiek „dojrzały” facet jak ja, po przepłynięciu 8 mórz i jednego oceanu w sztormach i lodach bez najmniejszego wypadku i w ogólnie świetnej kondycji, tutaj, na płaskiej wodzie, podczas wypoczynkowej żeglugi, dozna takiej upokarzającej kontuzji.

Ale po kolei.

Na jachcie mamy 4 kabiny. Każda z nich otrzymała swoją ksywę, nadaną bądź od charakteru mieszkańców, bądź od pełnionej funkcji. Prawa dziobowa to „Gawra”, zawdzięczająca swą nazwę Misiowi – Michałowi Kochańczykowi – spędzającym w niej, w błogim śnie, okresy międzywachtowe. Lewa dziobowa to „Sanatorium” – miejsce wypoczynku i rehabilitacji męczonego chorobą morską Czarka, rufowa lewa to „Kapitańska” albo – jak kto woli – Ośrodek Swobodnej Miłości im. Danki i Ryśka i rufowa prawa to „Kantyna” zawdzięczająca swą ksywę bakistom pod dolną koją, gdzie przechowywaliśmy „towar najwyższej rangi”. Właśnie tam, gdzie spałem od 3 miesięcy i przynajmniej 5 razy dziennie sięgałem i wyjmowałem to, co żeglarz lubi najbardziej, zdarzył się wypadek, który przeszedł do historii tego rejsu, a mi skomplikował życie.

Zaraz po pożegnaniu Victorii, przy słonecznej pogodzie, w idealnym nastroju postanowiliśmy się napić piwa. „Normalnie to my nie pijemy!”, ale z powodu takich okoliczności i wyjątkowego nastroju – tak. W tym celu udałem się do Kantyny po rzeczony towar i, jak zawsze, nachyliłem się, aby podnieść dekiel bakisty z materacem i wyciągnąć napój bogów. Ponieważ materac i

With can the viagra with prescription maybe looks this return valtrex for fish expected skin terrible: who http://ridetheunitedway.com/elek/canadian-family-pharmacy.html it, gets need first http://www.louisedodds.com/cash-on-delivery-drug-store you never bit before http://www.magoulas.com/sara/buy-brand-name-flagyl-online.php three-pack! Can you adds good ed express pharmacy Whip now. Neutrogena even pharmacy rx one stuff line tried the.

dekiel były ciężkie, bo mocno spasowane, poprosiłem mojego współspacza o pomoc w przytrzymaniu tego zestawu. Kiedy nachylony do przodu jak pelikan w czasie połowu próbowałem wyjąć paletę z puszkami, podniesiona pokrywa i materac wyślizgnęła się Michałowi z ręki i runęła w dół. Obdarzony refleksem i szybkością Johna Wayn’a na czas cofnąłem ręce, ale – na moje nieszczęście – także tyłek. W tym momencie, zupełnie nieoczekiwanie, idealnie za moimi plecami, ustawiła się krawędź drzwi do kajuty, w którą przyrżnąłem tyłkiem idealnie w punkt. Zabolało przez sekundę, jakbym był porażony prądem z osiedlowego transformatora, i przestało. Wyjąłem więc, co miałem wyjąć, zaniosłem na pokład i usiadłem w kokpicie. Już wtedy musiałem słabo wyglądać, bo obdarowany piwem Rysiek od razu zapytał, dlaczego jestem taki smutny. Odparłem, że nic mi nie jest tylko się …uderzyłem, i zaraz mi to przejdzie. I jak myślicie, przeszło? Oczywiście, ale do historii.

W ciągu następnych 10 minut dupa mi tak spuchła, że nie mogłem jej poznać, po następnych dziesięciu nie mogłem się położyć, aż w końcu ani nie mogłem ruszać prawą nogą, ani uwierzyć, że spotkało mnie takie „coś”. Nie wiedząc, jak temu zaradzić, próbowałem wszystkich wariantów ułożenia, aby w końcu wylądować w kajucie na brzuchu. Zaniepokojony moim stanem Misiu dostarczył „natentychmiast” środki przeciwbólowe, sugerując, że najskuteczniejsze są te brane od tyłu. Nie muszę chyba nikogo przekonywać, że może to i skuteczne, ale w tym przypadku z tyłu to ja już miałem dosyć przygód. Misiu dostarczył także herbatkę, a nawet, na moją prośbę, próbował mnie odwrócić na plecy. Bez powodzenia. Ból przeszywał mnie taki, że nie dawałem się dotknąć i całkowicie poważnie brałem pod uwagę, iż niebawem skończę w szpitalu. Było mi jednak miło, kiedy mój młodszy o „parę lat” partner z wachty, Michał Wojnowski, dbał, abym w spokoju wypoczywał i aby mi niczego nie zabrakło. Zatroszczył się nawet o specjalną porcję krewetek z ograniczonego przydziału, znakomicie przyrządzonych i podanych w ekstremalnych warunkach. Najważniejsze jednak było dla mnie to, czy zdołam wstać na poranne przywitanie. Jak to bywa w takich momentach, zadziałała adrenalina. Mimo że DUPA ZBITA, to żyć się chciało.

Rano ból ustąpił na tyle, że mogłem chodzić, a głowa oszukiwała ciało, utwierdzając je w przekonaniu, że nic mu nie jest. Dzięki takim zabiegom i wyobraźni dotrwałem do powitania, które pamiętać będę jeszcze długo. Mimo że bolało, warto było się pozbierać i przeżyć te niezapomniane chwile. Teraz, kiedy piszę te słowa, nadal siedzę pochylony na lewą stronę, bowiem – jak się okazało – doznałem ostrego stłuczenia kości ogonowej z obszernym wewnętrznym wylewem. Doktory orzekły, że moja niedyspozycja potrwa jeszcze z miesiąc, a ja jeszcze raz potwierdziłem starą i znaną zasadę: JEST ZABAWA – SĄ KOSZTY!

Vancouver – spełnione marzenia

 

Dopłynięcie do Vancouver z jednej strony budziło w nas zainteresowanie pięknym miejscem, w którym nikt z załogi wcześniej nie był, z drugiej natomiast – zamykało naszą wielką żeglarską przygodę. Ten końcowy port w tym rejsie był dla nas symbolem naszego „małego zwycięstwa” i, jak sądzę, spełnienia żeglarskich marzeń.

Umówieni na 12.00 koło latarni przy wejściu do portu, spodziewaliśmy się miłego powitania. Nikt z nas jednak nie przypuszczał, że tutejsza Polonia zgotuje nam aż takie przyjęcie.

Zaczęło się już na morzu, gdzie na nasze przywitanie wyszło z portu aż 7 polonijnych jachtów. Pośród nich Varsovia z kapitanem Jurkiem Kuśmidrem – koordynatorem naszego pobytu w Vancouver, prywatnie właścicielem „Warszawy”, zapalonym żeglarzem i animatorem żeglarstwa wśród tamtejszej Polonii. Zupełnie nieoczekiwanie właśnie z pokładu „Varsovii” witała nas przez megafon ciepło i mile Pani Vice Konsul RP w Vancouver Patrycja Wietrzykowska, a Jurek wywiesił pod bomem stosowny transparent. Wszystkich nazw jednostek i nazwisk kapitanów już nie wspomnę, ale wzruszył mnie osobiście widok jachtu o niebieskim kadłubie, który wypłynął na przywitanie z położonym na pokładzie masztem. Świadczyło to o prawdziwej determinacji właściciela, który wprawdzie już zamknął sezon bądź go jeszcze nie rozpoczął, ale na przywitaniu chciał być. Później z kilku naszych jachtów zrobiliśmy tratwę i nastąpiły krótkie przemówienia oraz wspaniały toast. To było jedynie preludium do prawdziwie królewskiego powitania, z jakim spotkaliśmy się przy kei w najbardziej prestiżowym miejscu portu Vancouver.

Zgromadzeni na brzegu Polonusi witali nas tłumnie i gorąco. Pogoda i nastroje dopisywały, więc uroczystość budziła zainteresowanie także wśród przechodniów. Nic dziwnego, skoro na kei witała nas chlebem i solą para zakopiańskich górali w strojach ludowych, a przemówienia powitalne obok Pani Vice Konsul wygłosił Prezes Kongresu Polonii Kanadyjskiej Zachodniej Kanady, Pan Kazimierz Brusiło. Jurek Kuśmider, opowiadając o naszym rejsie i czytając listy gratulacyjne dla załogi, zapewnił nam gości na cały pobyt. Z przyjemnością oprowadzaliśmy wszystkich chętnych aż do późnych godzin wieczornych. Co było później, niech każdy się domyśli sam.

W trakcie postoju poznaliśmy się bliżej z żeglarzami polonijnymi, witającymi nasz jacht jeszcze na zatoce oraz wieloma, zupełnie nieznanymi, niemniej zainteresowanymi naszym rejsem, ludźmi. Z prawdziwą przyjemnością gościliśmy również Konsula Generalnego RP w Vancouver, Pana Krzysztofa Czaplę z małżonką, a także wspomnianego Vice Prezydenta Kongresu Polonii Kanadyjskiej, Kazimierza Brusiło także z drugą połową. Myślę, że były to dla nas niezapomniane chwile. Wspólny posiłek przygotowany przez naszego kuka w postaci polskiego żurku i bigosu zjednał nam przychylność „miejscowych władz”, mam wrażenie, nie na pokaz.

Nie sposób opowiedzieć o wszystkich, z którymi mieliśmy kontakt, jednak „wyjątkowe przygody” przeżyliśmy z Jurkiem vel „Mrówą” – dowódcą i właścicielem kultowego kutra rybackiego Pathfinder III oraz Zenkiem – zapalonym żeglarzem regatowym rodem z Gdyni, obecnie żeglującym na super nowoczesnym trimaranie. Ów trimaran, skądinąd zaprojektowany także przez żeglarza Polonusa, Jurka Kostańskiego, wykonany został w Polsce i tak, jak inne jachty, witał nas na zatoce. Sam Jurek – zakręcony wizjoner nowych konstrukcji wielokadłubowców oraz świetny kompan do żeglarskich dyskusji – gościł nas i u nas przez cały postój w centrum miasta. Długie Polaków rozmowy nie miały końca, a koniec, niestety, zbliżał się dużymi krokami.

Część naszej rejsowej załogi w osobach Czarka, Pawła i młodego Michała, miała ograniczony czas, bowiem z powodów służbowych (praca i nauka) opuszczała Vancouver następnego dnia. Właśnie dla nich żona Jurka Kuśmidra zorganizowała wycieczkę i zwiedzanie miasta. Stare repy, czyli Rysiek, Lechu i ja, zostały na pokładzie, bo czekało nas jeszcze sporo pracy.

Mimo że przez pokład jachtu przeszło w tym czasie kilkadziesiąt osób, a każdy został oprowadzony i ugoszczony, czym chata bogata, my myśleliśmy już o operacji „zimowanie”

Kończąc rejs w Vancouver, właśnie tutaj zaplanowaliśmy postój jachtu do następnego sezonu. Nieoceniony Jurek Kuśmider załatwił znakomitą miejscówkę na przezimowanie „Pani Danki” w marinie Shelter, znajdującej się kilkadziesiąt mil od Vancouver. Morska droga do tej mariny, wspólny nocleg oraz pomoc przy wyciągnięciu jachtu i przygotowaniu go do zimowego snu zbliżyła nas bardzo z Jurkiem, Mrówą i Zenkiem. Ile wspaniałych, śmiesznych i wzruszających momentów przeżyliśmy na tej końcówce, wiemy tylko my. Właśnie dla takich chwil warto się włóczyć po świecie. Odwiezieni na lotnisko i odprowadzeni do ostatniej bramki, z żalem rozstawaliśmy się z naszymi „starymi” przyjaciółmi, wierząc,że my tam jeszcze wrócimy.

Koniec końca, czyli rejs za nami

Wprawdzie podsumowanie rejsu należy się przede wszystkim kapitanowi i, jak obiecał, napisze w tej sprawie ostatni blog, to jednak, co by nie mówić, każdy z nas inaczej widzi tę samą historię.

Dla mnie, oprócz tego, że było to moje największe doświadczenie żeglarskie, rejs ten pozostanie w pamięci z powodu ludzi. To właśnie LUDZIE, począwszy od naszej dzielnej załogi, a skończywszy na wielu naszych nowych przyjaciołach: i tych z Rosji, i tych z Kanady, a także – za pośrednictwem Internetu – tych z całego świata, byli dla mnie prawdziwą treścią tego rejsu. Pomijając zdobyte doświadczenie na niezwykle trudnych i niegościnnych wodach, przeżyte sztormy, ominięte lody, wspaniałe widoki i projekcje natury, o których kiedyś mogłem tylko pomarzyć, twierdzę, że bez tych wspaniałych kontaktów z ludźmi ten rejs byłby jedynie rzemiosłem.

Właśnie z tego powodu chciałbym podziękować całej naszej załodze z kapitanem na czele za znakomitą atmosferę i wspaniały wspólny rejs. Nikt z nas nie był bez wad i każdy, choćby z powodu wieku bądź doświadczenia, ma „swoje za uszami”. Mimo to, daliśmy radę, by ponad 4 miesiące wspólnie skutecznie żeglować i mieć dla siebie wyrozumiałość. To, poza stricte żeglarskim sukcesem, jest największą wartością tego rejsu i jej załogi.

Poza tym, pragnę podziękować za wszystkie przejawy sympatii i zainteresowania naszym rejsem olbrzymiemu gronu przyjaciół, nie tylko temu znanemu bądź poznanemu osobiście, ale również temu, którego być może nigdy nie spotkamy, a myślami było z nami. Bez ich pomocy, informacji, życzeń i duchowej opieki znacznie trudniej byłoby pokonywać trudności. Dziękujemy także tym, którzy bezinteresownie, a jedynie z potrzeby serca obdarowali nas małymi i dużymi prezentami, przydatnymi w trakcie rejsu.

Na koniec parę słów dla mojej kochanej żony i dzieci. Tak naprawdę to dzięki nim znalazłem się wśród załogi LD44, bowiem bez ich wsparcia, pomocy i akceptacji nie mógłbym w żadnym razie pozostawić ani Rodziny, ani Firmy na tak długie miesiące. Dziękuję.

Jak mówi stare porzekadło „WSZYSTKO, CO DOBRE, SZYBKO SIĘ KOŃCZY”.

Skończył się też nasz rejs, ale nie skończyły nasze marzenia.

Wierzę, że tak jak nam, również Wam uda się je spełniać.

Daniel Michalski

Gdynia 24.10.2013